W czasach komunistycznego zniewolenia węgierski poeta, uczony, emigrant, Áron Kibédi Varga – jeden ze swych wierszy, zatytułowany Wy i my, dedykował Polsce: My, co cicho siedzimy, co spokojnie chodzimy, co senni wstajemy, czasem dal chciwym wzrokiem pożeramy – my nieszczęśliwi. Wy, co wciąż walczycie, czarny pot lejecie, grzbiet umęczony prostując cierpicie – wy szczęśliwi… Tak było przez dziesięciolecia. Polskie dążenia do swobody dawały natchnienie garstce Węgrów, którzy nie wymienili swej wolności na garnek gulaszu. Dzisiaj to Polacy marzący o dumnym i silnym państwie zbudowanym na fundamencie wartości z nadzieją patrzą na Węgry rządzone przez Victora Orbána. Być może doczekamy chwili, gdy podążymy tą drogą razem.
Przecież tak już bywało, tyle razy w historii… Węgierskie powstanie roku 1956 rozpoczęło się pod pomnikiem generała Józefa Bema. To wtedy ulice Budapesztu rozbrzmiewały słowami poety Győrgy Gőmőriego: Wszyscy Węgrzy chodźcie z nami, pójdziemy za Polakami! Niesiono biało-czerwone flagi i hasła o przyjaźni polsko-węgierskiej; krzyczano: Przyjaźń z Polską! i Niech żyje młodzież Warszawy!… Kilkanaście dni później Węgrzy – opuszczeni przez wolny świat – stanęli do nierównej walki w obronie swej niepodległości rozjeżdżanej przez sowieckie czołgi. Za broń chwycili młodzi robotnicy i studenci. Osiemnastoletni uczestnik tych walk – Ákos Enegelmayer – po roku 1989 pierwszy ambasador wolnych Węgier w Polsce, zapamiętał, iż jedną z jego inspiracji przystąpienia do powstania była lektura Jenő Szentiványiego Polskie orlęta – o młodych obrońcach Lwowa z roku 1918… Z kolei jedenastoletni Csaba Győrgy Kiss spędzał sowieckie bombardowania w piwnicy. Zapamiętane obrazy wróciły po latach przy lekturze Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego… Na ocalałych fotografiach jakże podobni są powstańcy Budapesztu ’56 roku do tych z Warszawy ’44…
Wesprzyj nas już teraz!
Dla tych, co konają…
Od pierwszych chwil na wieść o sowieckiej agresji na Węgrzech w Polsce zaczęto organizować akcje pomocy. W wielu miastach odbyły się solidarnościowe manifestacje, nie brakowało Polaków, którzy chcieli z bronią w ręku stanąć u boku Węgrów – tak jak to było już tyle razy w historii, choćby w powstaniu styczniowym roku 1863, czy w roku 1920, podczas walk z bolszewikami. W roku 1956 wciąż żywe były wspomnienia drugiej wojny światowej, gdy ziemia węgierska przyjęła tysiące polskich żołnierzy, uchodźców. Symbolami tej wojennej polsko-węgierskiej przyjaźni pozostali: premier Pál Teleki, József Antall, płk Zoltan Baló, ks. Béla Varga czy gimnazjum w Balatonboglár…
W roku 1956 blisko jedna trzecia pomocy udzielonej Węgrom z całego świata pochodziła z Polski, kraju dopiero podnoszącego się z wojennych zniszczeń (dwa miliony dolarów, przy jednym milionie z USA i niecałych czterech ze wszystkich pozostałych państw). W ciągu dwudziestu dni w Polsce zbierano po milion złotych dziennie, gdy średnia pensja wynosiła 800-1000 zł. Słano konwoje z lekarstwami i krwią. Siostro, otwieraj żyły igłą zimną jak lód, bierz dla tych, co konają, moją żywą krew… – pisał w wierszu Tadeusz Kubiak, a Zbigniew Herbert dodawał: Stoimy na granicy wyciągamy ręce i wielki sznur z powietrza wiążemy bracia dla was… W tym czasie literacki hołd Węgrom złożyło wielu polskich poetów i pisarzy.
Pax sovietica nad Dunajem
Tymczasem stolicę Węgier ostrzeliwały działa i katiusze, a na dzielnice, które stawiały największy opór, spadły bomby. Poległo około trzech tysięcy powstańców, by w końcu spiker moskiewskiego radia mógł powiedzieć: Na ulicach i placach Budapesztu panuje spokój.
Opór jednak trwał nadal, organizowano strajki i manifestacje, na prowincji nieliczne grupy powstańców dotrwały do wiosny 1957 roku. Złamały go w końcu rządy terroru. Ponad sto tysięcy Węgrów – nie licząc członków ich rodzin – objęto różnego rodzaju represjami, wśród nich ponad trzydzieści pięć tysięcy aresztowano, dwadzieścia dwa tysiące skazano, na kilkuset wykonano wyroki śmierci, a piętnaście tysięcy osadzono w specjalnych obozach.
Premier Imre Nagy, minister obrony generał Pál Maléter (aresztowany przez generała Iwana Sierowa, tego samego, który w marcu 1945 roku pojmał szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, na czele z komendantem głównym Armii Krajowej generałem Leopoldem Okulickim), Miklós Gimes i József Szilágy zostali powieszeni 16 czerwca 1958 roku, a ich ciała pochowano na skraju cmentarza wśród mogił kryminalistów.
Śmiercią karano wszystkich przywódców oddziałów zbrojnie przeciwstawiających się Sowietom. Peter Mansfeld nie był jeszcze pełnoletni, gdy uznano go winnym udziału w „spisku zbrojnym”, a wyrok wykonano w trzy dni po jego osiemnastych urodzinach (ma on w Poznaniu swoją ulicę, podobnie jak Romek Strzałkowski, trzynastoletnia ofiara poznańskiego Czerwca’56 ma swoją w Budapeszcie). Oskarżanych przed sądami – reprezentujących różne grupy społeczne – skazywano na najwyższe wyroki, co miało służyć zastraszeniu narodu. Karano także tych, którzy próbowali szukać ratunku, apelując do opinii publicznej wolnego świata. Za to właśnie wyrok trzynastu lat więzienia dostał dziennikarz Peter Foldes.
Ponad dwieście tysięcy Węgrów ratowało się emigracją. Dla niespełna dziesięciomilionowego narodu była to ogromna strata. Sami Węgrzy przyznają, iż po stłumieniu przez sowieckie czołgi powstania roku 1956 komunistom udało się na kilka dekad spacyfikować kraj. Wybrana przez nich taktyka była prosta: każdy zaangażowany w roku 1956 mógł się spodziewać odwetu, nie musiały się go obawiać tylko osoby bierne. Większość została nagrodzona za swe milczenie, gotowość do zapomnienia i ustępliwość, najpierw przez pozostawienie w spokoju, a później przez perspektywę skromnego dobrobytu – napisał Györg Litván.
Gulaszowy komunizm
Społeczeństwo wybrało „zbiorową amnezję”. Skala terroru była tak duża, iż Węgrzy wyparli ze swej pamięci powstanie 1956 roku. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie pamięć o powstaniu warszawskim była zawsze żywa. Węgrzy nie mówili o tym nawet w domach – tłumaczy Ákos Engelmayer. Na całe pokolenie udało się rozerwać społeczną tkankę i narodową solidarność. Nie wspominano o niedawnych czasach, gdy w roku 1956 mury kamienic pokryły się napisami: Ruszkik haza! (Ruscy do domu!), a na ulicach Budapesztu recytowano Pieśń narodową Sándora Petőfiego:
Pora, Węgrzy! Czas narodzie!
Dziś lub nigdy! Powstawajcie!
Żyć w niewoli, czy swobodzie?
Albo – albo! Wybierajcie!
Nieliczni, którzy jednak odważyli się pamiętać, płacili za to wysoką cenę. Na początku lat siedemdziesiątych, 15 marca 1973 roku – w dniu węgierskiego święta narodowego – młodzi ludzie upomnieli się o pamięć. Przypięli czerwono-biało-zielone kokardy. Milicja użyła pałek i pięści, a więźniarki zapełniły się pokrwawionymi dziewczętami i chłopcami. Wielu trafiło za kraty, wielu wyrzucono ze szkół, uczelni i pracy. Kalmana Totha za „wygłoszenie bez zezwolenia” Pieśni narodowej sąd skazał na rok więzienia. Dwa dni później na łamach dziennika „Népszabadság” (węgierskiego odpowiednika „Trybuny Ludu”) ukazała się krótka notka, iż kilkaset nieodpowiedzialnych osób próbowało w godzinach wieczornych zorganizować nacjonalistyczną manifestację, której prowodyrzy trafili do budapesztańskiej komendy milicji.
Reżimowi udało się także podporządkować Kościół katolicki. Po śmierci niezłomnego prymasa, kardynała Józsefa Mindszenty’ego, jego następcą został uległy władzom László Lékai. Niepokorni Węgrzy nie znaleźli więc oparcia w swym Kościele. Powstała w końcu dekady opozycja sama określała się jako „0,01 procenta” i nigdy nie przybrała tak zinstytucjonalizowanych form jak choćby Karta ’77 w ówczesnej Czechosłowacji, nie wspominając o PRL.
Represje reżimu Jánosa Kádára to tylko jeden z powodów, dla którego Węgrzy wybrali niepamięć. Zresztą po kilku latach terror zelżał, a rządzący komuniści z obawy przed społecznym wybuchem zdecydowali się na podjęcie reform gospodarczych. Mimo iż w latach 1958-1961 przeprowadzono kolektywizację rolnictwa (ponad 95 procent ziemi), zezwolono na uprawę niewielkich prywatnych działek oraz sprzedaż uprawianych na nich produktów. Przyjęty w połowie lat sześćdziesiątych Nowy Mechanizm Gospodarczy wprowadził pewną samodzielność przedsiębiorstw, niewielkie elementy gospodarki rynkowej. Wszystko to spowodowało, iż wzrosła stopa życiowa, a sklepy były pełne towarów. Mieszkanie, samochód, domek nad Balatonem, wczasy w Jugosławii stały się wizytówką „gulaszowego komunizmu” i marzeniem Polaków, którym udało się wyjechać na Węgry.
Pamięć o wolności
Historyk i wieloletni konsul Węgier w Krakowie István Kovács zapamiętał wizyty naszych rodaków, którzy w Budapeszcie głośno i odważnie mówili, co myśleli o komunizmie i Sowietach: Węgrzy byli zastraszeni, a Polacy pokazywali nam, że można się nie bać. Jeszcze większym doświadczeniem był pobyt nad Wisłą, gdzie Węgrzy podróżowali – zakazanym u siebie – autostopem. Wprawdzie Rosjanie nas okupują, ale bać się nie można. Trzeba być odważnym i otwartym. Trzeba pielęgnować tradycję historyczną. Wiedzieliśmy, że Polacy strzegą swej historii w rodzinach i poza nimi. Wszyscy w Polsce mówili o powstaniu warszawskim, bardziej skrycie o Katyniu czy o pakcie Ribbentrop-Mołotow – wspomina Kovács w Węgierskim łączniku. Podróże do Polski w celu „zaczerpnięcia świeżego powietrza” odmieniły wielu Węgrów. Potem przyszły kolejne doświadczenia: wybór kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, papieska pielgrzymka do Polski, powstanie „Solidarności”. W komunistycznej propagandzie wszystkich państw bloku sowieckiego ruch ten przedstawiano jako siłę inspirowaną z Zachodu, polskich robotników zaś jako nierobów i leni, którzy swymi strajkami powiększają tylko anarchię i chaos.
Część Węgrów podzielała ten przekaz, dostrzegając w wydarzeniach w Polsce niebezpieczeństwo mogące zagrozić ich względnemu dobrobytowi. Z niechęcią patrzyli na wolnościowe przemiany nad Wisłą i z ulgą przyjęli wprowadzenie stanu wojennego. Solidarność z Polakami wyraziła jedynie węgierska opozycja. W tej tragicznej sytuacji niewyrażenie współczucia naszym polskim braciom oznaczałoby zaparcie się naszej wielowiekowej przyjaźni i wspólnych tradycji narodowych – oświadczono w apelu z końca grudnia 1981 roku. Później przyszły kolejne apele, a w nich słowa: Poparcie, jakiego udziela nasz rząd wojskowej dyktaturze w Polsce, na zawsze pozostanie czarną plamą naszej historii.
Dla nielicznej opozycji i dorastającego młodego pokolenia narodziny „Solidarności” przyjęto z nadzieją na zmiany. Wielu dostrzegło i zrozumiało rolę Kościoła katolickiego. Coraz liczniejsze grupy z Węgier uczestniczyły w sierpniowych pielgrzymkach na Jasną Górę. Na pogrzebie ks. Jerzego Popiełuszki pojawił się transparent Węgrzy solidarni w bólu. Dwa lata później, w trzydziestą rocznicę powstania węgierskiego, w kościele w Podkowie Leśnej odsłonięto pierwszą w sowieckim imperium tablicę pamiątkową poświęconą tym wydarzeniom. W podziemiu ukazały się dziesiątki okolicznościowych publikacji, między innymi dwujęzyczny wybór wierszy My i Wy. Polacy pamiętali – mimo iż było to jeszcze w PRL – w nieporównywalnie większej skali niż Węgrzy – podkreśla Engelmayer.
Przyjdzie taki dzień…
Jednocześnie na Węgrzech wyrastała nowa, młoda opozycja. W jej powstaniu ogromną rolę odegrał – nazywany jej ojcem – profesor Wacław Felczak, autor Historii Węgier, który w latach drugiej wojny światowej jako kurier wielokrotnie na Węgry przybywał, osiemdziesiąt razy przekraczając „zieloną granicę”, a po jej zakończeniu został przez komunistów skazany na dożywocie. Profesor Felczak całym swym życiem dowiódł, iż nawet w takim systemie można pozostać uczciwym i prawym człowiekiem. Jako pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego od końca lat sześćdziesiątych wyjeżdżał w celach naukowych do Budapesztu, później prowadził tam wykłady. To o nim István Kovács powiedział, iż honor uważał za najwyższą ludzką wartość. I był zdania, że jest on jedną z najważniejszych wartości narodowych, której należy strzec. Wacław Felczak przekonywał, że z komunizmem nie można iść na żadne kompromisy, że trzeba mieć charakter, kręgosłup. Nie wierzcie, że trzeba wstąpić do partii i że można próbować coś zmieniać od wewnątrz – to jest bałamutne myślenie – mówił węgierskim studentom. W Sylwestra roku 1979 wygłosił wśród nich noworoczny toast: Musicie się przygotować. Przyjdzie dzień, kiedy Węgry będą wolne, a wy musicie się na ten moment przygotować – Csaba Győrgy Kiss na całe życie zapamiętał zdumienie, jakie zapanowało po tych słowach.
Wychowankiem profesora Felczaka jest także prawnik Victor Orbán – obecny premier Węgier, który swą pracę magisterską poświęcił Polsce. Był w grupie studentów, którzy pod koniec lat osiemdziesiątych zapytali profesora, co powinni robić. Ten odpowiedział: Załóżcie partię. Traficie wprawdzie do więzienia, ale partia zostanie. Tak powstał Fidesz – prawicowo-niepodległościowa partia rządząca dzisiaj na Węgrzech, na czele z Orbánem.
Sowieci do domu!
Podczas manifestacyjnego pogrzebu premiera Imre Nagy’a w Budapeszcie, w czerwcu 1989 roku, niespodziewanie do mikrofonu podszedł młody, brodaty człowiek (właśnie Victor Orbán) i wobec zgromadzonego stutysięcznego tłumu zażądał wycofania wojsk sowieckich z Węgier. Obecny na uroczystości Adam Michnik skomentował: K…, to jednak przesada. Profesor Felczak pochwalił jednak swego wychowanka: Nareszcie ktoś odważył się publicznie o tym powiedzieć. W pięćdziesiątą rocznicę powstania węgierskiego w Polsce także o nim pamiętano. Na Węgrzech, rządząca krajem już drugą kadencję postkomunistyczno-lewicowo-liberalna koalicja urządziła karykaturę obchodów, próbując sprowadzić je do bieżącej polityki, a wydarzenia sprzed półwiecza ograniczyć do przemian w partii komunistycznej. Nie zaproszono uczestników powstania, ich miejsca zajęli oficjele. Ktoś skomentował, iż obchodzono rocznicę powstania ludowego bez ludu. Na sorosowskim Uniwersytecie Europejskim w Budapeszcie zorganizowano konferencję poświęconą wydarzeniom roku 1956. Przybył na nią również Tibor Pákh – legendarna postać węgierskiej opozycji – uczestnik powstania, który przesiedział w komunistycznych więzieniach jedenaście lat, z tego sześć w izolatce. Przetrzymywano go przymusowo w szpitalach psychiatrycznych, stosowano wobec niego elektrowstrząsy i faszerowano lekami. Gdy na wiosnę 1980 roku w Podkowie Leśnej odbywała się głodówka w obronie więzionego Mirosława Chojeckiego, założyciela Niezależnej Oficyny Wydawniczej, Pákh przedostał się nielegalnie do Polski i przyłączył do głodówki. W latach 1981-1988 był osiem razy aresztowany. Po 13 grudnia 1981 roku znalazł się w grupie inicjatorów akcji solidarności z Polakami. To bez wątpienia najbardziej zasłużony węgierski opozycjonista – wyjaśnia Ákos Enegelmayer. Tibor Pákh zapytał dlaczego na konferencji poświęconej wydarzeniom roku 1956 nie mówi się o powstaniu węgierskim, a jedynie krytykuje będący wtedy w opozycji prawicowy Fidesz i jego lidera – Orbána. Odpowiedział mu Miklós Haraszti (główny ideolog Związku Wolnych Demokratów – ugrupowania współrządzącego z postkomunistami), stwierdzając, iż Tibora Pákha nie można traktować poważnie, gdyż siedział w domu wariatów…
Duma z własnej ojczyny
To o tej władzy rok później lider Fideszu powiedział: Nikt nie przypuszczał, że odpowiedzialny rząd kraju może uczynić z całym narodem to, co wcześniej czynili tylko obcy: w interesie utrzymania władzy oszukali i ograbili własny naród. Wypróbowali na swoich przeciwnikach politycznych wszystkie środki moralnego niszczenia, przypisali im własne kłamstwa. Przełożyli własne interesy nad interesy ogółu i nie próbują się już nawet powoływać na wyższe idee. Wszystkie warstwy społeczeństwa obciążyli negatywnymi skutkami własnej niezdatności, fałszywego myślenia o historii oraz moralnego nihilizmu. Rządy te skończyły się w roku 2010 triumfalnym zwycięstwem Fideszu (61 procent głosów) na czele z premierem Orbánem. Podjęte reformy, zmiana konstytucji (w której zapisano między innymi obronę ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci), budowa silnej węgierskiej gospodarki wywołały histeryczne ataki europejskiej lewicy – pokolenia roku 1968. Na początku roku bieżącego ponad pięć tysięcy Polaków podpisało się pod listem do „węgierskich Przyjaciół”: Liczymy na Wasz sukces. Wasze powodzenie stworzy precedens i wzór do naśladowania w Polsce, w innych krajach postkomunistycznych, a także w rozpaczliwie szukającej nowych idei Europie. (…) Przyjmijcie nasze podpisy pod tym listem jako wyraz solidarności i dowód na to, że polsko-węgierska przyjaźń i wspólnota losu są stale prawdziwe.
Nim przyszło zwycięstwo, Orbán pozostawał wierny przesłaniu: Nie zrezygnowałem z marzenia, że Węgrzy będą dumni z własnej Ojczyny. Najważniejszym moim powołaniem, które wagą wyprzedza wszystkie inne życiowe zadania, jest nadać treść węgierskiemu sztandarowi, by cały naród mógł się pod nim zgromadzić i zbudować silne Węgry. Dzisiaj, przed tym zadaniem stoją również Polacy, a południowi „bratankowie” dodają nam nadziei i wiary, że nadejdzie czas budowy silnej Polski…
Jarosław Szarek
Artykuł ukazał się w nr. 21 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”.