14 marca 2012

Ziemia obiecana niewolników

(Flaga Liberii)

Liberia to kraj wyjątkowy, przede wszystkim dlatego, że tworzący go byli niewolnicy zaczęli budowanie struktur społecznych od ustanowienia sprawnie działającego systemu niewolniczego. Wyzwoleńcy z północnoamerykańskich plantacji, po wielopokoleniowym okresie kolonializmu, bez odpowiedniego przygotowania, tradycji demokratycznych, bez pojęcia o możliwości współistnienia różnych grup etnicznych, założyli państwo, które w krótkim czasie weszło na drogę, jaka później – w wolnych państwach Afryki – stała się niemal normą: wprowadzili dyktaturę. A po ucieczce złego dyktatora (z ogromnym majątkiem) za granicę zastąpili go nowym – „dobrym” – który jednak po kilku latach stał się dużo gorszy od obalonego poprzednika. Historia Liberii każe wierzyć w tezę, iż w sensie mentalnym wyjście z niewolnictwa jest zabiegiem niesłychanie trudnym.

 

W roku 1807 prezydent Stanów Zjednoczonych Thomas Jefferson podpisał ustawę o zakazie przywozu niewolników z Afryki, kładąc tym samym kres wieloletniej praktyce. Niespełna dziesięć lat po wejściu w życie tejże ustawy Amerykańskie Towarzystwo Kolonizacyjne z Nowego Jorku wysłało fregatę wypełnioną wyzwolonymi niewolnikami w stronę Pieprzowego Wybrzeża w Afryce. Tam, na Przylądku Mesurado, na fali ogromnego optymizmu wyzwoleni niewolnicy, przy wsparciu finansowym Stanów Zjednoczonych, utworzyli pierwszą osadę nazwaną na cześć ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Jamesa Monroe’a – ­Monrowią.

Wesprzyj nas już teraz!

W ciągu kolejnych dekad fregaty kursujące miedzy Stanami Zjednoczonymi a Czarnym Lądem przywiozły kilkadziesiąt tysięcy wyzwolonych niewolników, którzy 26 lipca 1847 roku proklamowali suwerenne państwo Liberia ze stolicą w Monrowii. Sama nazwa wskazywała na wolnościowy i emancypacyjny charakter nowo powstałego państwa, zwłaszcza w sytuacji, gdy zdecydowana większość Afryki funkcjonowała pod protektoratem państw kolonialnych. Uznanie owego wyjątkowego przypadku suwerenności na skolonizowanym Czarnym Lądzie zawdzięczała Liberia wyłącznie poparciu Stanów Zjednoczonych (mimo sprzeciwu wielkiej Brytanii i Francji roszczących sobie prawa do terytorium nowo pow­stałego państwa).

Zależność Liberii od Stanów Zjednoczonych widać wyraźnie również w Deklaracji Niepodległości Liberii, wzorowanej na amerykańskiej Deklaracji Niepodległości. Liberyjczycy jednakże w odróżnieniu od Amerykanów obdarzyli głowę państwa nieograniczoną władzą wykonawczą, prawo wyborcze przyznając przy tym jedynie imigrantom z USA, przy całkowitym pominięciu ludności tubylczej. Jednym z pierwszych aktów ustawodawczych młodej republiki było pozbawienie miejscowej ludności prawa własności, co automatycznie pozbawiało ją praw obywatelskich. Po licznych konfliktach w nowym państwie ostatecznie ukształtował się system, w którym najlepsze ziemie pozostawały w rękach amerykańskich Liberyjczyków, lokalna ludność zaś stanowiła jedynie siłę roboczą traktowaną jak kasta niewolników. Ponadto, jak każda nowo proklamowana republika, Liberia od początku swego istnienia zaciągała pożyczki, konsumowane zresztą natychmiast w obrębie administracji państwowej.

 

Kurs na Zachód

Rząd w Monrowii potrafił sprytnie wykorzystać rywalizację kapitału amerykańskiego, brytyjskiego, francuskiego i niemieckiego o wpływy w Afryce, wskutek czego początek XX wieku przyniósł Liberii zadłużenie rzędu 1,3 miliona dolarów amerykańskich, całkowicie przekraczające możliwości spłaty. Wyjściem z katastrofalnej sytuacji finansowej kraju okazało się przejęcie przez amerykańską firmę Firestone Plantations Company (światowego potentata w dziedzinie produkcji opon samochodowych) wszystkich plantacji kauczuku na terenie Liberii. Z kolei Finance Corporation of America, w zamian za możliwość dzierżawy miliona akrów najlepszych gruntów, udzieliła miejscowemu rządowi kolejnego kredytu w wysokości pięciu milionów dolarów. Jednak apetyt władców nowej republiki okazał się nieograniczony, kolejna pożyczka została szybko skonsumowana i rząd w Monrowii zmuszony został do wprowadzenia kuriozalnej ustawy. Oto byli niewolnicy wprowadzili w zorganizowanym przez siebie kraju nakaz pracy przymusowej na plantacjach kauczuku. Co więcej, zaczęto na szeroką skalę praktykować eksport przymusowych pracowników za granicę, głównie do hiszpańskiej kolonii Fernando Po – wulkanicznej wyspy w Zatoce Gwinejskiej u zachodnich wybrzeży Afryki, niedaleko Kamerunu.

Przed katastrofą finansową – paradoksalnie – uchronił Liberię wybuch drugiej wojny światowej. W styczniu 1943 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin D. Roosevelt przybył do Monrowii oferując kolejną pożyczkę w zamian za wykorzystanie do celów militarnych lotniska Robertfield. Obecność Amerykanów w Liberii przyczyniła się do wprowadzenia na urząd Williama Tubmana, który wkrótce zerwał stosunki ze Związkiem Sowieckim i krajami bloku wschodniego, otwierając jednocześnie kraj na inwestycje zachodnie.

Pomimo sędziwego wieku Tubman zarządzał krajem w zasadzie jednoosobowo: sam udzielał praktycznie wszystkich nominacji, od administracji po sferę biznesu, starał się wszystkich urzędników w kraju znać osobiście, sam udzielał wszelkich koncesji, sam wręcz decydował, których misjonarzy wpuścić do kraju. W przeciągu kilku lat sytuacja kraju ustabilizowała się, głównie przez to, że za namową ekonomistów amerykańskich Liberia stała się rajem podatkowym dla światowych armatorów. Wkrótce liberyjska flota handlowa należała do największych na świecie, co przynosiło państwu ogromne dochody. Szczególnie prężnie rozwijała się stolica kraju, Monrowia, przypominając wyglądem stolice europejskie.

 

Kurs na Wschód

Przełomu w liberyjskiej polityce zagranicznej dokonał kolejny prezydent William Tolbert, decydując o zmianie protektoratu na rzecz Związku Sowieckiego. Od samego początku urzędowania zauważyć można było u prezydenta – obok chęci zbliżenia do obozu socjalistycznego – chorobliwe wręcz pragnienie posiadania majątku. Choć trudno w to uwierzyć, prezydent osobiście handlował wszystkim: od rud złota i samochodów, aż po paszporty. Wystarczyło kilka lat, by całkowicie zmarnować dorobek wypracowany za poprzedniej władzy.

Katastrofa finansowa spowodowała ostrą reakcję ludności stolicy. Prezydent Tolbert rozkazał strzelać do ludzi wychodzących w geście protestu na ulicę. W krwawym stłumieniu rozruchów uzyskał wydatną pomoc sąsiada, gwinejskiego dyktatora-marksisty, Ahmeda Sekou Touré (laureata Międzynarodowej Leninowskiej Nagrody Pokoju w roku 1960).

12 kwietnia 1980 roku grupa zbuntowanych żołnierzy wtargnęła do rezydencji prezydenta i, zastawszy go śpiącego, nie zastanawiając się, poćwiartowała Tolberta w łóżku maczetami, wyjęte zaś zeń wnętrzności wyrzuciła przy wtórze rytualnych pieśni plemiennych na dziedziniec pałacu prezydenckiego psom i sępom na pożarcie. Zbuntowanym oddziałem wojska dowodził niepiśmienny dwudziestoośmioletni sierżant Samuel Doe, pochodzący z plemienia Krahn. Sierżant Doe, zarówno pod względem życiorysu, jak i charakteru, przypominał Idi Amina z Ugandy. Społeczny awans, który wyniósł go na szczyty nieograniczonej władzy, zawdzięczał wojsku; armia była całym znanym mu światem.

Pierwszym dekretem sierżanta Doe okazała się jego własna nominacja na stopień generalski, przejęcie całkowitej władzy i rozstrzelanie trzynastu ministrów rządu Tolberta na plażach Monrowii na oczach mieszkańców stolicy. Pomimo skrajnej nędzy w kraju, Samuel Doe – wzorem innych satrapów afrykańskich – podwyższył wojskowe pensje o sto pięćdziesiąt procent. Rozdał też swym urzędnikom cały park samochodowy (ponad pięćdziesiąt luksusowych mercedesów, które rząd Tolberta zakupił rok wcześniej na szczyt OJA).

Wystarczyło zaledwie trzy lata takich rządów, by zadłużenie kraju wzrosło z 750 milionów do 1,4 miliarda dolarów amerykańskich. Rządzony przez sadystycznego satrapę kraj praktycznie zamarł cywilizacyjnie – zabrakło energii elektrycznej, zamarła komunikacja, pozamykano sklepy, szkoły, szpitale, prezydent zaś ogłaszał przez megafony informacje o udaremnieniu kolejnych zamachów na jego życie (podobno, dzięki zaklęciom szamanów z jego rodzinnej wsi, przeżył ich trzydzieści cztery). Nie dostrzegając groteskowości sytuacji osobiście opisywał, jak kule z pistoletów spadają metr przed nim na ziemię, noże zaś lecące w jego stronę topią się w locie i znikają.

Doe przyjmował głowy państw w wielkich złotych okularach zasłaniających niemal pół twarzy, zasiadając na tronie, a przez resztę dnia namiętnie grywał w warcaby z funkcjonariuszami policji. Wiedząc, że kres jego rządów nieuchronnie musi przyjść, sprowadził niemal wszystkich mieszkańców swego plemienia do stolicy, dając im żywność i broń. Ludzie ci – wyciągnięci z głębi buszu, po raz pierwszy widzący miasto, samochody, murowane domy – dostawali mundury i żywność w zamian za zabijanie wrogów prezydenta.

 

Kurs do piekła

Liberyjski dyktator zajęty czystkami etnicznymi zupełnie zlekceważył jednak zagrożenie z zewnątrz. Tymczasem po dziesięciu latach rządów kacyka-analfabety jego dawny podwładny Charles Taylor z grupą zaledwie stu sześćdziesięciu najemników w grudniu 1989 roku zaatakował Liberię z terenu Wybrzeża Kości Słoniowej. Podczas walk o stolicę doszło jednak, między Taylorem a szefem jego sztabu Johnsonem, do kłótni o podział łupów z pałacu prezydenckiego. W jej efekcie w Monrowii walczyły przeciwko sobie trzy armie: ludzie Doe, Taylora i Johnsona, w wyniku czego miasto zostało praktycznie całkowicie zniszczone.

Zaniepokojone rozwojem sytuacji kraje afrykańskie postanowiły interweniować. Po desancie nigeryjskich komandosów prezydent Doe zdecydował się na ucieczkę. Ruszył więc opancerzonym mercedesem do portu, lecz tam czekali już na niego ludzie Johnsona. Zabiwszy ochronę prezydenta, ciężko rannego Doe przekazali oni jako trofeum Johnsonowi.

Przyszedł czas, by ten z kolei ukazał swe prawdziwe oblicze. Prezydenta poddano torturom, dokładnie to filmując, z rozpartym w fotelu, uśmiechniętym Johnsonem w tle, który wydaje swym żołdakom dokładne instrukcje kolejnych tortur. Johnson popija zimne piwo marki Budweiser podawane mu przez stojące obok jego fotela i wachlujące go kobiety, zagryzając odciętym uchem obalonego prezydenta. Na filmie wyraźnie widać, że krew torturowanego wprawia oddziały najemników w ekstazę, każdy z nich chce uczestniczyć w zadawaniu męki. Jedynie Johnson nie poddaje się ekstazie. Co chwilę spokojnie, cichym głosem zadaje prezydentowi jedno i to samo pytanie: o numer jego prywatnego konta. Zgrozą napawa fakt, że film ze scenami torturowania prezydenta będzie w Monrowii przez wiele lat największą atrakcją w wypożyczalniach.

Pod względem moralnym bynajmniej nie odstawał od Johnsona także jego rywal i dowódca Charles Taylor, który ze względu na zbyt małą armię najemników wpadł na szatański pomysł, by rekrutować do swoich sił zbrojnych małe dzieci. Wiedział dobrze, że żołnierz od małego przyzwyczajony do zabijania to najlepsza maszyna do łamania oporu. Dzieci Taylora walczyły jak kamikadze, bez świadomości zagrożenia, śmierci, bólu.

Nadzieje pokładane w czterdziestojednoletnim Taylorze, mogącym poszczycić się obronionym w Stanach Zjednoczonych licencjatem z ekonomii, to kolejna mrzonka rodem z pism Jana Jakuba Rousseau. Sam Taylor przyznawał się, że na studiach w Stanach Zjednoczonych uległ wpływom radykalnej studenckiej lewicy i nawiązał współpracę z reżimem w Trypolisie w celu uzyskania dla swych ludzi wyszkolenia wojskowego. Dzięki Kadafiemu uzyskał stałą dostawę nowoczesnej broni, którą przemycano do Liberii przez granicę z Burkina Faso. Ponadto Taylor – sprytnie wykorzystując swoje międzynarodowe powiązania – zaczął handlować diamentami, by za uzyskane środki kupować broń. Dziś szacuje się, że wartość sprzedanych diamentów wyniosła prawie 500 milionów dolarów amerykańskich, założona zaś przez Taylora spółka zajmująca się eksportem rud żelaza wypłacała swemu prezesowi – Taylorowi miesięczną pensję w wysokości 10 milionów dolarów!

Warto przypomnieć, że powyższy stan rzeczy całkowicie aprobowały sfery biznesowe Francji, jako że rudy żelaza poprzez port w Dunkierce trafiały na lokalny francuski rynek. Podobnie reagowały przez cały okres wojny Stany Zjednoczone, utrzymując stosunki dyplomatyczne z Liberią i uznając legalność jej władz.

Liberia zaś – wykończona wojennymi rozruchami – oddała w wyborach prezydenckich 19 lipca 1997 roku 75,3 procentami głosów swych obywateli władzę w ręce skorumpowanego Taylora. Choć może się to wydawać niemożliwe, panująca w kraju skrajna nędza z roku na rok jeszcze się pogłębia. W roku 2003 miesięcznik „The Economist” ogłosił Liberię najgorszym na ziemi miejscem do życia…

 

Roman Konik

Tekst ukazał się w nr 19 dwumiesięcznika ” Polonia Christiana”

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie