Na początek deklaracja. Jestem miłośnikiem i chwalcą Sarmacji, wszakże bynajmniej nie bezkrytycznym. Nie zakrywam przed samym sobą tego, co w Sarmacji było nieciekawe. Ale też tego nie odrzucam. Przyjmuję jako dziedzictwo. Odrzucając – musiałbym zgodzić się z wnioskiem, że pochodzę z Polski, kraju króla Ubu, czyli znikąd. Nie dziwię się jednak potocznym, gazetowym krytykom Sarmacji. Jakże mieć do nich pretensję, skoro ukończyli nasze szkoły… i czytali nasze podręczniki?
Czego uczą polskie podręczniki? Tego, że – cytuję dosłownie – Sarmata to przekonany o swojej wartości zawadiacki i pewny siebie szlachcic oraz, że na co dzień szlachta wiodła życie przyjemne i beztroskie, a jakże, w przekonaniu o wyższości swojego stanu i polskich praw, za to z wielką niechęcią odnosiła się do wszystkiego, co obce, z którego to powodu nastąpił w Rzeczypospolitej wzrost nietolerancji, szczególnie religijnej, no i że, na dokładkę, pośród Sarmatów pijaństwo było powszechne. Na osłodę możemy sobie przeczytać, że Sarmatów cechowało umiłowanie wolności i przywiązanie do tradycji.
Wesprzyj nas już teraz!
Te określenia nie są wcale jednoznacznie negatywne… ale w sumie – pobrzmiewają jak oskarżenie. W domyśle: jedli, pili i Polskę przepili, a na dodatek w nietolerancję popadli. I to już wystarczy. „Sarmaci” byli „be”, żaden to wzór ani chluba. Co innego przedstawiciele wysokiej kultury, jak Kochanowski, Rey i inni, prawda? Kolejnym krokiem będzie gazetowe użycie rzeczownika „Sarmata” lub przymiotnika „sarmacki” w celu skrytykowania, na przykład, nielubianej przez siebie opcji politycznej. I wtedy – koniec, kropka. Sarmacji nie chcemy, od Sarmacji uciekamy – skoro taka ona jest.
Stereotypy
Autorzy podręcznika są jednak w prawie. Będą bronić się faktem, że przywołują opinie głoszone powszechnie, a w syntezie – jaką zawsze jest podręcznik – trzeba uogólniać. Więc i stereotypy przywoływać trzeba, a w odniesieniu do Sarmacji mamy do dyspozycji przede wszystkim dwa stereotypy: pijacko-warcholsko-nietolerancyjny i pijacko-patriotyczno-husarski. Oba są niezwykle nośne – i nieznośne, oba zresztą we wspomnianym podręczniku występują. Mają moc tworzenia silnego obrazu. A z zakorzenionym stereotypem walczyć bardzo trudno.
I tu właśnie jest problem. Stereotypy mówią bardzo jednoznacznie. Albo więc trzeba je zmienić, albo może oświetlać je w inny sposób. W taki, który wyeliminowałby automatyczne odrzucenie lub bezkrytyczną chwalbę, a pozwoliłby… pomarzyć, pozachwycać się i pochwalić. Bez zadyszki.
Właściwa definicja
Najpierw zważmy, Szanowni Państwo, że Kochanowski i Rey też byli Sarmatami. Trudno ich samych oraz ich twórczość wyrzucać poza nawias sarmackiej społeczności. Zwłaszcza, jeśli sarmatyzm jest – jak zauważa w Słowniku sarmatyzmu Andrzej Borowski – synonimem obyczajowości oraz duchowej i umysłowej kultury Rzeczypospolitej szlacheckiej, albo, jak chce Krzysztof Koehler we wstępie do zacnej antologii Słuchaj mię, Sauromatha – jeśli jest podstawową i na wiele lat jedyną formułą polskiej narodowej tożsamości. Z tej tożsamości nie da się wszak wykreślić Kochanowskiego ani Reya.
Bo, chcemy czy nie chcemy, niezależnie od politycznych opcji każdego z nas, naszą narodową tożsamość – czyli odrębność – stworzyli Sarmaci w kontuszach, obywatele Sarmacji. Te słowa: „Sarmacja, Sarmaci” – były chwalebnymi, uczonymi nazwami naszej Pierwszej Rzeczypospolitej i jej obywateli – a nie warchołów, którzy pośród tych obywateli się znaleźli. Słowa te, przejęte niegdyś z europejskiego skarbca Historii przez naszych humanistów, z czasem rozpowszechniły się pośród całego stanu rycerskiego. Używano ich podobnie, jak Francuzi używali dla nazwania swego kraju i narodu słów: „Galia, Galowie”.
Tak jest. Z tą jeszcze drobną uwagą, że co do mnie – staram się unikać terminu „sarmatyzm”. Szlacheccy Sarmaci go nie znali. Zrodził się za czasów wyfraczonego króla Stasia w ramach oświeceniowej „mowy nienawiści”, bijącej w kontuszową opozycję. Dopiero potem rozszerzono jego znaczenie na sporą część staropolskiej kultury, wyznaczając w niej swego rodzaju „sarmacki ogródek”. Ale przecie sam król Staś dziedzictwo Sarmacji czcił i sam się do niego przyznawał. Obejmowało ono dlań całą przeszłość Rzeczypospolitej. Jako polski monarcha musiał tak myśleć, bo Sarmacja – to Polska.
Ustalam więc. Kiedy mówimy i piszemy o Sarmacji i sarmackiej kulturze, mamy na myśli Rzeczpospolitą Obojga Narodów, w której dominującą rolę grała szlachta. Sarmackość zaś (a niekoniecznie „sarmatyzm”, choć termin to powszechnie obowiązujący) będzie słowem, które określi charakter tej kultury – stworzonej i kultywowanej przez (głównie) szlachtę w XVI-XVIII wieku; kultury, która pozwoliła Polakom na indywidualne określenie swojej odrębności w europejskiej Christianitas.
Ja zaś w dalszych linijkach postaram się wskazać tych kilka aspektów istnienia Sarmacji, które mogłyby stereotypy ukazać w nieco innym niż podręcznikowe świetle.
Wolni, równi, nierewolucyjni
…szlachta polska nie mieszka po miastach, to zostawia kupcom i rzemieślnikom. Każdy mieszka na wsi w posiadłościach ojcowskich, co jest wielką ochroną, jak zobaczymy, cnoty i poczciwości. Jakkolwiek siedzimy na wsi, życie nie mija nam w bezczynności, zajmujemy się sprawami Rzeczypospolitej lub pracami domowymi. Pierwsza działalność jest szlachetna, druga zaś poważna, niewinna, a miła…
Tak głosił Łukasz Opaliński w łacińskiej Obronie Polski z roku 1648 (tu w przekładzie Kazimierza Tyszkowskiego). Już dawno napisano, iż Rzeczpospolita składała się z sąsiedztw – czyli, że zamiast jednej stolicy, zamiast jednego politycznego centrum, było tych „centrów” tysiące. Każde z nich – to dwór pojedynczego szlachcica ze swoim zapleczem. W czasie pokoju szlachta osiadła we dworach brała udział w życiu politycznym, obradowała na sejmikach i sejmach, wybierała królów. W czasie wojny – miała własną piersią zasłaniać Rzeczpospolitą na polu bitwy; wszak Polak od pola rzeczon. Dlatego właśnie Rzeczpospolita „nie musiała” mieć dużej stałej armii i pogranicznych twierdz. Co prawda bardziej jeszcze dlatego, że jej obywatele nie zamierzali zgodzić się na wyższe podatki, ani na to, aby władza królewska przeszła w absolutum dominium (powiększanie armii królewskiej zawsze pachniało dyktaturą). Ale i dlatego, że cała wielka galeria polskich wodzów – od Tarnowskiego po Sobieskiego – potrafiła przy pomocy niewielkiej liczby wojska poskramiać wszystkich naszych przeciwników. To się potem nagle odmieniło – gdy przyszły nowe sposoby wojowania. Ale ten fakt bardzo długo dawał szlachcie poczucie błogiego bezpieczeństwa.
I tak Polska szczyciła się wolnością. W przeszło sto lat po pierwszej wolnej elekcji sarmacki wieszcz, Wespazjan Kochowski, pisał w swojej Psalmodii, że wolność polską ma Pan w opiece swojej, wkładając w usta samego Pana Boga deklarację: szczególnym bowiem dziełem moim wolność ludzka. W tej samej Psalmodii Kochowski tłumaczy, że polskiego króla nie marna kolebka (czyli prawo dynastyczne) czyni monarchą, lecz sama wola Boga zastępów przez głosy mnogiego rycerstwa. Tumult wolnej elekcji tłumaczy zaś tak:
Że w huku i w odgłosie tak siły zgromadzonych głów: a wszak i na górze Synaj we grzmocie i biciu piorunów podawał Bóg Izraelowi Zakon i Zakonodawcę…
Toż to jakby lustrzane odbicie rewolucyjnej idei francuskiej – ale też jej całkowite zaprzeczenie. Ta wolność chce być silniejsza od śmierci. Na staropolskim malowidle „tańca śmierci”, na którym przedstawiciele kolejnych stanów i nacji tańcują z kostuchą, gdy śmierć podchodzi do kontuszowego Sarmaty, ten zwraca się do niej ze swoim veto:
Iako się twe Suche Kości
Targnęły na me Wolności?!
Nie pozwalam w taniec z tobą!…
Obok wolności – stoją szlachecka równość i braterstwo. Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie – głosiło znane porzekadło. I rzeczywiście: w Rzeczypospolitej istniał jeden stan szlachecki. Byli wprawdzie równi i równiejsi; byli magnaci, a każdy pragnął urzędu (czyli bycia owym „wojewodą” na ten przykład) i bogactw, w razie czego zaś – i arystokratycznego tytułu. Tym niemniej wszyscy mieli pełne usta „równości” i „wolności”, a Rzeczpospolita żadnych arystokratycznych tytułów nie nadawała – ewentualnie należało je sobie załatwiać za granicą. Równość trafiła nawet do staropolskiego traktatu o architekturze, którego autor zaleca, aby w każdym dworze szlacheckim była „gościnna izba”, bo jeśli szlachcic do szlachcica zajdzie, to w wolnym narodzie szlachcic nie może w sieniach stać, [jako że u nas] wszyscy sobie są bracia. Więc nawet taki pan wojewoda, choć często-gęsto „młodszymi braćmi”, czyli uboższą szlachtą pogardzał, nie śmiał tego rzec publicznie. W ramach sarmackiego PR musiał dbać o głosy wyborców.
Krytyka polskiej wolności i równości
Można więc rzec – i tak się mawia – że polska demokracja wyprzedziła zachodnią. I że, na przykład, procent uprawnionych do głosowania polskich szlachciców przewyższał procent obywateli dopuszczanych do wyborów w Anglii w wieku XIX. Taaak… Czy tylko na pewno było to jakieś „polskie przyspieszenie”? Nietrudno znaleźć myślicieli, którzy w tamtych wiekach chwalili polski system. Ale też jakże licznych miał on krytyków! Krytykowano warcholstwo, konfederacje i rokosze, nie mówiąc o cywilizacyjnym stanie państwa.
Zwłaszcza w wieku XVIII polski brud był opisywany bardzo radykalnie, mimo że cała Europa w tamtych czasach czystością (rozumianą wedle dzisiejszych standardów) nie grzeszyła. Znano i opisywano w encyklopediach jako niezwykłą osobliwość chorobę o nazwie plica polonica – czyli polski kołtun – zlepek niemytych, długich włosów. Europejscy krytycy widzieli naszą demokrację nie jako spuściznę rzymskiej Republiki – w żadnym razie! – lecz jako relikt dawnych, średniowiecznych wieców, systemu „barbarzyńskiego”, który na Zachodzie już dawno przestał być aktualny, u nas natomiast w przedziwny sposób zakonserwował się… aż upadł wraz z Rzecząpospolitą.
Co z tego wszystkiego wynika? Ano to, że dawni Polacy wierzyli, iż kształtują państwo idealne i sprawiedliwe. Nikt jeszcze takiego państwa nie stworzył; im też się nie udało i zresztą (wbrew naszym podręcznikowym formułom) sami na swoją współczesność mocno narzekali. Ale państwem swoim mimo wszystko się szczycili. I mieli podstawy: ich Rzeczpospolita bardzo długo była przecież europejskim mocarstwem.
Prawa wiara
Pobożność sarmacka pozostawiła nam dziedzictwo zaprawdę chwalebne, którego nie należy zbywać podręcznikowym sloganem o wzroście nietolerancji religijnej. W skarbnicy polskiej poezji zapisały się jakże zdecydowane, lecz i ciepłe wersety Psalmodii Kochowskiego, skierowane Do dyssydentów w wierze u końca XVII stulecia:
Błogosławiony człowiek, który nie poszedł za radą bezbożnych i na drodze grzesznych nie stał: ani na stolicy zaraźliwej nauki nie siedział.
Ale w Zakonie starowiecznie od apostołów podanym wola, serce i wiara jego: a nowotnych wymysłów i przestępstwa błędników nie chwytał się.
Więcej ufa, czego w Kościele prawowiernym przez podanie Chrystusowe uczą: niż co jeden klasztorny zbieg i drugi niezdrowy warchoł, buntownicy w wierze, rozsiali.
I będzie wierny katolik, jako drzewo, wsadzone nad prawej nauki wodami: które mając potrzebną wilgotność prawdy, da owoc czasu swego.
Ani liście dobrych uczynków jego nie opadnie; ani frukty statecznej wiary nie zczerwieją.
Nie tak niezbożni, nie tak: ale są jako proch ziemi, którym nagły wicher zakręciwszy, miesza.
System polityczny, stworzony jeszcze w czasie utarczek katolicko-innowierczych, z czasem przesiąkł katolickością. Rzeczpospolita ostała się arcykatolicką. Jezus i Maryja; Różaniec, Godzinki, Gorzkie Żale; maryjne sanktuaria. Pamiętamy sławne zdanie księdza Piotra Hiacynta Pruszcza, że zaprawdę w Polsce naszej nie masz miasta, rzadka wieś z kościołem, w którymby się obraz Najświętszej Maryi Panny nie znalazł cudowny. To polski pejzaż sarmacki, do dziś zresztą istniejący.
Pewno, że o tej naszej owoczesnej katolickości można mówić bardzo różnie. Można szukać dowodów nietolerancji, ale zestawienie z krajami Zachodu w tym samym czasie – myślę tu o wieku XVII – kazałoby tę „nietolerancję” widzieć naprawdę inaczej i nie załatwiać jej podręcznikowym ogólnikiem. Zestawienie zaś z Hiszpanią zniwelowałoby zapewne jakiekolwiek oskarżenia o „wybujałość” naszego katolicyzmu.
Skąd jednak takie oskarżenia? Otóż w wieku XVIII odmieniły się proporcje: słaba Rzeczpospolita zaostrzyła wprawdzie kurs wobec innowierców (acz bynajmniej ich nie prześladowała), natomiast nasz katolicyzm stał się kamieniem obrazy dla zachodnich wolnomyślicieli – bo tam odmiana kultury szła w innym kierunku.
Sarmacja skarbnicą poetów
Sarmata winien umieć po łacinie. Rzymska Republika stanowiła wszak odniesienie dla Rzeczypospolitej. Sarmata winien być biegły w słowie, aby występować na sejmikowej scenie i w dyplomatycznych misjach. Dlatego szlachcicowi nie wypadało zajmować się naukami i sztukami, które przystoją mieszczuchom. Natomiast sztuką oratorską tudzież pisaniem ksiąg i wierszy – tak. One zapewniały mu szacunek obywateli i godną rozrywkę obok myślistwa, tańców i wojny.
Z tego też powodu można by rzec, iż sarmackie sztuki plastyczne jako takie niemalże nie istniały. Owszem, istniały malarstwo, rzeźba i architektura tworzone dla Sarmatów, przez Sarmatów i samych Sarmatów przedstawiające.
Natomiast żywioł osobistej, sarmackiej twórczości to przede wszystkim słowo. Literacka kultura naprawdę zeszła pod strzechy dworów. Poetów epoki sarmackiej, zwłaszcza w stuleciach XVII i XVIII liczymy na pęczki. Taki Jan Chryzostom Pasek, choć warchoł, to jednak niesłusznie oceniany jako niekulturalny, składał dobre rymy i wygłaszał błyskotliwe oracje. Badacze literatury wiedzą o tym od dawna, ale szkolne slogany dalej głoszą swoje… W szkolnym programie brak naszych barokowych wieszczów, zaś adepci szkół nawet tego, co w programie figuruje, nie chcą znać. Przeszkodą jest pewno staropolski język – ale i sposób, w jaki się tej literatury uczy: w oderwaniu od barwności autorów i epoki, wedle schematów, które nużą i zniechęcają. Czy muszą zniechęcać? Nie muszą. Za dowód niech starczą przywołane wyżej cytaty z zapomnianego (nie przez badaczy!) arcydzieła – Psalmodii Kochowskiego.
Sarmackie logo: świetność i zamaszystość
Nie rzekłem jeszcze o kontuszu i zamaszystości. To bowiem zostawiłem sobie na koniec, jako najbardziej wyrazisty element naszej dawnej odrębności. Sarmackość objawiła się najpełniej w epoce baroku i barokową dziwolągowatością jest przesiąknięta, stanowiąc na tle baroku europejskiego niewątpliwą osobliwość. Nie tylko przez oryginalny system polityczny – ale przez uderzające świetnością: strój i obyczaj. Niegdyś każdy Europejczyk na pierwszy rzut oka rozpoznawał Polaka po kontuszu. Teraz – niemal nikt.
Dzięki tym cechom (no i dzięki politycznej potędze Sarmacji) zajmowaliśmy niegdyś w wyobraźni Zachodu miejsce, które potem zabrała nam Rosja. Zamiast zachwycać się rosyjską duszą, Francuzi wyprawiali swoje marzenia ku nam. Jak kawaler de Saint-Amant, który planował wyjazd na polski dwór „swojej” królowej (bo Francuzki) Ludwiki Marii – marząc nawet o zmianie swojego rodowego „de” na polskie „ski”:
…Jeżeli jednak – jak marzyć mam w mocy,
Fortuna moja pomknie ku Północy,
Jeżeli, jak chcą Niebiosów zamysły,
Oczyma memi ujrzę brzegi Wisły –
Klnę się, chcę zostać szlachetnym Sarmatą,
Przyoblec szatę blaskami bogatą,
Której dukt fałdów długi, powłóczysty,
Osobie mojej da szlif uroczysty;
Szablę zamierzam kosztowną przypasać
I na arabie wyżej inszych hasać,
Miast kapelusza zaś czapą futrzaną
Grzać czaszkę ściętą na łyse kolano;
We wszystkim polską naśladować modę,
Aż od ich butów cierpieć niewygodę,
Aż na bankietach być, gdzie piją tyle,
Że mnie i dziwi to, i kusi mile;
Jużem do tego też całkiem gotowy,
Ażebym polskiej się wyuczył mowy
I wyrażając się wzniosłemi rymy
Przydał jej szarmu i wielkiej estymy;
Ażebym wreszcie, na dworze wielmożnej
Królowej naszej, potężnej i możnej
(Wszakciem ja dla niej na tym świecie postał!)
Ze Saint-Amanta – Sętamanckim został.
[przeł. J.K.]
Jacek Kowalski
Tekst ukazał się w nr 19 dwumiesięcznika ” Polonia Christiana”