Wielkopolanie mają czasem pretensje, że o ich powstaniu się zapomina. Pretensje może i uzasadnione, ale… czy aby na pewno? Powstanie Wielkopolskie trwało krótko i odniosło pełen sukces przy minimalnych stratach własnych. A przecież wiadomo, że Polacy najchętniej pamiętają o klęskach, które można barwnie opisać i płakać nad nimi. Co prawda o Powstaniu Wielkopolskim w Poznańskiem się pamięta i Poznańczykom (tak nas niegdyś nazywano) przypominać o nim nie potrzeba. Pozostałym Polakom natomiast – tak. Opowiem więc o naszym powstaniu jako Poznańczyk, z perspektywy rodzinnej, oczami moich Dziadków, bo od Nich o tym wszystkim po raz pierwszy usłyszałem. To baśń mojego dzieciństwa i baśń Ich dzieciństwa; mieli wtedy po kilkanaście lat.
W początku XX wieku, gdy rodzice Dziadka się pobierali, „kulturalny” bój Poznańczyków z Niemcami zmierzał ku apogeum. Siłą Niemców były rząd i prawo wspierające akcję kolonizacyjną. Siłą Polaków były praca organiczna, ekonomiczna solidarność, Kościół katolicki, rodzina. Do dobrego tonu należało przesłać Państwu Młodym życzenia na blankiecie z patriotyczną dewizą. I takie też życzenia moi pradziadkowie dostali. Zawsze kiedy śpiewam „Rotę” i dochodzę do słów: twierdzą nam będzie każdy próg, przychodzą mi na myśl te życzenia i słowa mego Dziadka, który „próg” swego domu silnie wspominał:
Wesprzyj nas już teraz!
W okresie Świąt Bożego Narodzenia, Postu Wielkiego, Wielkiej Nocy, Adwentu śpiewaliśmy pieśni religijne i narodowe, co wywoływało zwykle pewien patriotyczny nastrój, postawę. Pewnego dnia Matka cicho zaśpiewała nam „Rotę” z odpowiednim politycznym komentarzem… Jako osoba bardziej egzaltowana, prowokowała ojca, by nam wyjaśniał, że jesteśmy Polakami, że jesteśmy w niewoli u Niemców, że musimy dążyć do tego, by się od Niemców wyzwolić, że musimy dążyć do tego, by znów była Polska… Syn powinien być przygotowany do odegrania znaczniejszej roli w życiu narodowym i społecznym. Uczęszczałem na naukę języka polskiego i historii, prowadzoną przez pewne panie i na korepetycje do księdza wikarego.
„Wypożyczona” rewolucja
Dziadek urodził się w podpoznańskim Kórniku. Jego rodzice prowadzili małe, kilkuhektarowe gospodarstwo. Właśnie zaczął chodzić do gimnazjum w niedalekim Śremie, kiedy wybuchła I wojna światowa. Starsi koledzy dość szybko wciągnęli go do tajnego skautingu. Napięcie rosło i zadrażnień polsko-niemieckich przybywało. Kiedy Dziadek podczas jazdy na łyżwach wpadł do przerębla, usiłował go ratować pewien pruski oficer, narzeczony śremskiej burmistrzanki. W rzeczy samej uratowali go jednak koledzy. Ale burmistrz, dawszy Dziadkowi w twarz, kazał podpisać oświadczenie, że zawdzięcza życie Niemcowi. Równolegle wychowawca klasy, Herr Budenkotte, ogłosił w miejscowej prasie, że „polskie łobuzy” przez bezmyślne zabawy narażają zdrowie niemieckich żołnierzy.
Wkrótce jednak wydarzyły się ważniejsze rzeczy. Pewnego dnia, podczas lekcji religii ksiądz Matuszek – jeden z nielicznych Polaków wśród nauczycieli – usiadł na ławce i zaczął chłopcom konfidencjonalnie opowiadać, że „Ameryka” przystąpiła do wojny i że Niemcy już na pewno przegrają.
I rzeczywiście. 11 listopada 1918 roku nastąpiła kapitulacja Niemiec a zarazem wybuchła w Niemczech rewolucja. Przez Śrem przemaszerowali zbuntowani pruscy żołnierze, przejmując władzę jako Rada Robotniczo-Żołnierska. Podeszli pod ratusz, wyciągnęli burmistrza i dali mu po twarzy. Czyżby w imię walki klas? Nie: burmistrzowi zapamiętano bicie „polskiego łobuza”. Bo niemiecką rewolucję sprytnie przejęła nasza konspiracja. Polacy służący w pruskiej armii weszli do Rad Robotniczych i Żołnierskich, a zakamuflowani członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej wnikali do Straży Obywatelskich i Straży Ludowych. W ten sposób w ręce Wielkopolan przechodziła po cichu władza i część magazynów broni. Oczywiście nie uszło to uwadze Niemców. Szybko zrozumieli, iż rzekoma „rewolucja” w Poznańskiem nie jest wcale „socjalistyczna”, jak w Berlinie, ale że tak naprawdę jest to – jak jeden z nich napisał – polski ruch narodowy kierowany przez przywódców mieszczańskich, księży i szlachtę.
W Kórniku konspiratorzy poczynali sobie jeszcze bardziej radykalnie niż w Śremie. Wpierw ogłoszono niezależną Rzeczpospolitą Kórnicką, której zbrojnym ramieniem stała się Straż Obywatelska. Utworzono z niej pierwszy i jeden z najlepiej uzbrojonych przyszłych oddziałów powstańczych, zwany później Kompanią Kórnicką. Dziadek przybywszy na święta do domu przeczuł, że coś się święci:
…kiedy już spałem, usłyszałem, że Matka jeszcze szyje na maszynie. Zgorszony, że wszystkich turkot maszyny pobudzi, wstałem z łóżka, zwracając się do Matki, by przestała i poszła spać – i wówczas zauważyłem, że szyje sztandary biało-czerwone. Zamilkłem, bo przecież sam należałem do tajnego plutonu młodzików…
Paderewski w Poznaniu
Tymczasem rezydująca w Poznaniu polska Naczelna Rada Ludowa przeprowadziła w całym zaborze pruskim wybory do polskiego Sejmu Dzielnicowego. Po raz pierwszy od wielu lat odbyły się publiczne, polskie zgromadzenia. Wybrany Sejm Dzielnicowy uchwalił w początku grudnia apel do premiera Francji i prezydenta Stanów Zjednoczonych o pomoc w ustaleniu właściwych granic odrodzonej Polski. Do rządu w Berlinie Sejm wysłał petycję, żeby nie przysyłać na sporne ziemie więcej żołnierzy, ale żeby spolszczyć szkoły i urzędy, po czym spokojnie czekać na decyzje konferencji pokojowej. Wszyscy wiedzieli, że naczelnik Państwa Polskiego, Józef Piłsudski, nie może, niestety, pomóc im oficjalnie.
Poznańscy Niemcy poczuli się poważnie zagrożeni. Nic dziwnego, że w odpowiedzi na apele Sejmu Dzielnicowego rząd pruski zamiast wycofać – skierował do Wielkopolski nowe oddziały. Zaś już do białości rozpaliła niemieckie i polskie emocje wizyta Ignacego Paderewskiego. Wielki pianista zdążał do Warszawy, gdzie miał objąć urząd premiera odrodzonej Polski. Po drodze, w drugim dniu Świąt Bożego Narodzenia, zawitał do Poznania. Mimo przeszkód ze strony niemieckiej uroczyście wjechał do miasta, witany niczym król, w powozie, w blasku pochodni, bo Niemcy złośliwie wyłączyli prąd na dworcu. Zamieszkał w hotelu Bazar, czyli w głównym, poznańskim bastionie polskości. Tam z balkonu wygłosił do zebranych Poznańczyków płomienne, porywające przemówienie.
Nazajutrz, 27 grudnia, przed hotelem przetoczył się wielki tłum polskich dzieci powiewających chorągiewkami w narodowych barwach. Była wśród nich moja Babcia, naówczas kilkunastoletnia panienka, która ten dzień często potem wspominała. Mama pięknie przystroiła ją i jej młodsze siostry w białe sukienki z biało-czerwonymi kokardkami, a w kołnierze wpięła srebrne orzełki. Po manifestacji poszły do państwa Kościelskich na ulicę Strzelecką 13, gdzie panienki zaczęły przygotowywać bandaże i środki opatrunkowe. Byli tam też dwaj bracia Nogajowie: Franciszek, narzeczony panny Kościelskiej i jego starszy brat Stachu, odważny ryzykant, jedna z głównych postaci Polskiej Organizacji Wojskowej, który teraz pośpiesznie odbijał sobie gips z nogi i odrzucał inwalidzkie szczudła – kamuflaż wobec pruskiej żandarmerii, która go poszukiwała. Do domu na poznańskim Łazarzu Babcia nie miała po co iść, bo już się zaczęło. Jak jej potem opowiadano, ksiądz proboszcz z Łazarza kazał o tej porze bić we dzwony i osobiście pobiegł główną ulicą dzielnicy, krzycząc: „powstanie!” Nie wiem, czy to prawda – powtarzam tylko słowa mojej Babci. Takie były nastroje. Ale Babcia myślała o jeszcze jednym Stachu – Stachu Pohlu z Kórnika, szefie Kompanii Kórnickiej, który był jej serdecznym znajomym.
W tym samym mniej więcej czasie w Kórniku mój piętnastoletni Dziadek siedział spokojnie w rodzicielskim domu. Były to przecież świąteczne wakacje, jak wówczas liczono – trzeci dzień Bożego Narodzenia:
Jakoś pod wieczór, w każdym razie po kościele – słyszę dzwonek: dryń, dryń, dryń… Wtedy był taki zwyczaj, że wszystkie wiadomości urzędowe ogłaszał policjant; chodził, dzwonił – wszyscy się schodzili – i ogłaszał. No i tutaj ogłasza: że wszyscy ci, którzy są zorganizowani w Straży Obywatelskiej, mają się zgłosić do hotelu Ellmanna… Za chwilę poleciałem. Gromadzą się ludzie. Słyszę, że jest wybuch powstania w Poznaniu. Zaczęły zajeżdżać wozy – takie drabiniaste, albo hele; konie jechały jak do pożaru, niektórzy wsiadali, inni wysiadali – właśnie ci z tej Straży Obywatelskiej. Zajeżdżały też wozy ze wsi.
Wielkopolska wolna
Ale co się właściwie stało w Poznaniu 27 grudnia wieczorem? To do pewnego stopnia tajemnica. Zapewne wybuch powstania został precyzyjnie zaplanowany i przeprowadzony przez Polską Organizację Wojskową. Jak to jednak bywa w takich wypadkach główne nici tej akcji nie są nam dziś znane. W każdym razie walki rozpoczęły się w doskonale wybranym momencie. Siły niemieckie były osłabione, bo część żołnierzy wzięła świąteczne urlopy i powstańcy okazali się liczniejsi. Poza tym z początku ani Niemcy, ani polska Naczelna Rada Ludowa oficjalnie nie chcieli starcia. Polska Organizacja Wojskowa zainicjowała wybuch, po czym niejako zmusiła Naczelną Radę Ludową do zaakceptowania faktów dokonanych. Do walki parli też pewnie niemieccy ekstremiści, przyczyniając się do swojej klęski. A było tak: pruska defilada wojskowa, która przemierzała miasto jako kontrmanifestacja dla marszu polskich dzieci, skończyła się nie wiadomo przez kogo rozpoczętą strzelaniną. I nagle jak spod ziemi wyrosły oddziały powstańcze, najwyraźniej zawczasu przygotowane. Niemal w tym samym momencie przybyła z Kórnika na wozach Kompania Kórnicka i obsadziła dworzec kolejowy, rozbrajając niemiecki batalion, który właśnie wjeżdżał do Poznania i mógł dokonać pacyfikacji. Jednocześnie w śródmieściu Polacy zajęli Prezydium Policji. Były pierwsze ofiary – padł Franciszek Ratajczak. Jego nazwisko nosi teraz jedna z głównych poznańskich ulic.
Potem przez dwa dni sytuacja była niejasna. Obie strony trwały na stanowiskach, ale wśród Polaków nie było jednolitego dowództwa, a Naczelna Rada Ludowa wciąż bała się oficjalnie ogłosić powstanie. Impas przełamał dopiero Stachu Nogaj, który na czele grupki ryzykantów wparował ciężarówką do siedziby niemieckiej Komendy Głównej i z zaskoczenia wziął do niewoli pruski sztab. Między innymi na wieść o tym poddała się niezdobyta, potężna Cytadela – główny punkt pruskiego oporu. To był niesamowity sukces, ale zarazem mosty zostały spalone, trzeba już było walczyć dalej. Polska ofensywa ruszyła. Parę dni potem wypad powstańców na podmiejskie lotnisko Ławica oddał Polakom cały niemiecki park lotniczy. Już wkrótce zdobyczne samoloty miały zbombardować pruski garnizon w Kostrzyniu nad Odrą.
Opanowanie Poznania przeważyło szalę zwycięstwa. Zresztą prowincja nie czekała. Już 27 grudnia część wielkopolskich miast znalazła się w rękach miejscowych powstańców i utworzył się polsko-niemiecki front, który w ciągu stycznia znacznie przesunął się ku zachodowi – kolejne placówki zajmowano z marszu lub w krwawych potyczkach. Kiedy Stachu Pohl ze swoją Kompanią Kórnicką podstąpił pod Śrem, sytuacja była niejasna. W Śremie stacjonował znaczny pruski garnizon. Ale żołnierze nie chcieli walczyć, dość mieli wojny, chcieli wracać do domu. W nocy podstawiono im pociąg – i wyjechali. Tego wieczora w mieszkaniu u księdza Matuszka zeszli się niemieccy nauczyciele z prośbą o azyl – i go znaleźli. Tylko Herr Budenkotte został przez własnych rodaków przekonany, że ze względu na jego pamiętny artykuł o „polskich łobuzach” lepiej by było dla wszystkich, żeby spakował manatki i wyjechał razem z pruskim garnizonem, co też skwapliwie uczynił.
W tym momencie powstanie miało już swoje oficjalne dowództwo; objął je major Stanisław Taczak. Potem przybył z Warszawy generał Józef Dowbór-Muśnicki. Trzeba było spodziewać się pruskiego kontrataku. A że z niekarnych ochotników nie da się stworzyć porządnej armii, więc ogłoszono powszechny pobór do wojska. Na szczęście pierwszą niemiecką ofensywę z powodzeniem odparto. Drugą, która mogła się okazać o wiele groźniejsza, powstrzymał rozejm narzucony przez Anglię i Francję. W ciągu niecałych dwu miesięcy Wielkopolska oswobodziła się sama i była już Polską na mocy faktów dokonanych. Potwierdził to wkrótce traktat wersalski.
Naród stał się sobą
Powracającą z frontu Kompanię Kórnicką witano w rodzinnym miasteczku z wielkimi honorami. Tłum zgromadzony na dworcu kolejowym entuzjastycznie fetował kilkuset żywych i dziesięciu poległych, których nazajutrz uroczyście pochowano na parafialnym cmentarzu. Niestety, był pośród nich Stachu Pohl, śmiertelnie ranny na froncie pod Łomnicą. Na Zaduszki stawiamy mu zawsze więcej świeczek niż innym. W końcu to kolega mojej Babci.
Stachu Nogaj poszedł do śląskiego powstania, a potem razem z bratem Franciszkiem walczyli w tak zwanym baonie śmierci na froncie bolszewickim. Mój Dziadek zgłosił się w 1920 roku do wojska, ale na front nie trafił. Potem ożenił się z moją Babcią i poświęcił się polityce. Ksiądz Mieczysław Matuszek został proboszczem w Kórniku, gdzie miejscowi weterani zawiązali Towarzystwo Powstańców i Wojaków, jedno z licznych w Wielkopolsce. Osobiście więc święcił im sztandary związkowe i pomiątkowe tablice, które licznie fundowano w dziesięciolecie odzyskania niepodległości. Historia jednak radykalnie zmieniła bieg w roku 1939. W październiku niemieckie Einsatzkommando rozstrzelało na kórnickim Rynku szesnastu wybranych Polaków – a wśród nich czterech weteranów Powstania. Ksiądz Matuszek zginął w Dachau. Do tego samego obozu trafił Stachu Nogaj, ale dane mu było przeżyć; jego brat Franciszek przeszedł Powstanie Warszawskie. W tymże powstaniu brał również udział mój Dziadek, podczas okupacji działający w Komendzie Głównej AK. Niestety, polityczną karierę zakończył w komunistycznym więzieniu.
Proszę mi wybaczyć, że prócz Ignacego Paderewskiego nie wspomniałem tu wszystkich najbardziej znanych postaci powstania. Oczywiście musimy pamiętać, że w Naczelnej Radzie Ludowej zasiadali ksiądz Walerian Adamski i Wojciech Korfanty, że naczelne dowództwo Kompanii Kórnickiej sprawował sławny mecenas Stanisław Celichowski. Dla mnie ważna była tu jednak perspektywa rodzinna – ponadto zaś fakt, że w powstaniu wzięli udział Polacy wszystkich środowisk. Jeszcze pół wieku wcześniej nie było to do pomyślenia. Dobitnie pojąłem tę prawdę, słuchając opowieści mojego Dziadka o tym, jak Kompania Kórnicka wyjeżdżała do Poznania. Wtedy wśród zebranej gawiedzi: …stała też grupka mieszczan kórnickich, czyli tak zwanych obywateli miejskich. I mówią: „Patrzcie, chamy też na powstanie jadą! Świat się kończy!” Ale odtąd już nie było „chamów”, tylko Polacy. Naród polski właśnie ostatecznie stawał się sobą.
Kalendarium Powstania
27 grudnia 1918 – początek walk w Poznaniu i na prowincji.
28–30 grudnia – wyzwolenie większej części Poznania oraz wielu innych miejscowości, m.in. Kórnika, Grodziska, Kłecka, Witkowa, Wielichowa i szeregu innych.
31 grudnia 1918 – początek polskiej ofensywy z Gniezna w kierunku Kujaw
1–5 stycznia 1919 – wyzwolenie m. in. Jarocina, Nakła, Mogilna, Strzelna, Krotoszyna, Kruszwicy, Nowego Tomyśla, Czarnkowa, Rawicza i Wolsztyna.
6 stycznia 1919 – zdobycie lotniska na Ławicy (Poznań). Walki pod Czerskiem i Kościerzyną na Pomorzu.
7–8 stycznia 1919 – walki pod Chodzieżą. Gen. Józef Dowbor-Muśnicki wodzem Powstania.
10–16 stycznia 1919 – walki w rejonie Leszna, pod Rydzyną i Kąkolewem, zwycięski bój o Szubin, walki pod Lipnem, Szamocinem i w rejonie Międzychodu.
17 stycznia 1919 – pobór do wojska, przekształcenie sił powstańczych w regularną Armię Wielkopolską.
styczeń/luty 1919 – obrona Miejskiej Górki, atak powstańców na Kargowę i Babimost. Ofensywa niemiecka w rejonie Bydgoszczy i Nakła odparta. Ciężkie walki pod Rynarzewem, zwycięstwo powstańców pod Kcynią, walki o Szubin, Rawicz i Kolno.
16 lutego 1919 – rozejm Niemiec z państwami Ententy w Trewirze obejmuje również front wielkopolski.
II połowa lutego 1919 – nadal zacięte walki w wielu miejscach.
28 czerwca 1919 – Niemcy podpisują traktat wersalski. Do Polski powraca prawie cała Wielkopolska.
II półrocze 1919 – mimo podpisania traktatu pokojowego sporadyczne walki.
10 stycznia 1920 – wchodzi w życie traktat wersalski – armia powstańcza przejmuje Pomorze oraz te miejscowości Wielkopolski, które do tej pory pozostawały w rękach niemieckich.
Jacek Kowalski
Tekst ukazał w nr. 5 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”