Według organizacji World Wildlife Fund, zajmującej się ochroną przyrody, w Europie mogą pojawić się nowe miejsca pracy. Wszystko dzięki budżetowi UE na lata 2013-2020. Jeżeli Unia przeznaczy 15 % funduszy budżetowych na „zielone” inwestycje, pracę znajdzie pół miliona ludzi, uważa organizacja. Ktoś, kto naprawdę wie, jak działa gospodarka wie również, że podejmowanie przez rząd prób tworzenia miejsc pracy jest nieefektywne ekonomicznie. Należy się zatem przyjrzeć temu postulatowi z ostrożnością.
WWF przywołuje raport „Ewaluacja potencjału zielonych miejsc pracy w kolejnych Wieloletnich Ramach Finansowych”, przygotowany między innymi przez nią oraz inne organizacje pozarządowe. Zaskakująca jest precyzja wyliczeń ekologów: dokładnie 14,28 % środków budżetowych w ramach Polityki Spójności i Wspólnej Polityki Rolnej stworzy dokładnie 516 tysięcy miejsc pracy. WWF podkreśla, że więcej „zielonych” inwestycji to szansa dla pogrążonej w kryzysie Europy.
Wesprzyj nas już teraz!
Jak zauważyła Karolina Tymorek z polskiego oddziału WWF, „Co roku obywatele UE wpłacają do jej budżetu 129 miliardów euro”, przy czym Wspólna Polityka Rolna pochłania aż 41 % całego budżetu. Zdaniem przedstawicieli organizacji, trzeba wykorzystać środki jak najbardziej efektywnie. Dlatego proponują oni, by „subsydia dla rolnictwa uwzględniały wsparcie działań środowiskowych, które stworzą miejsca pracy”. Co to miałoby oznaczać w praktyce? Kolejnym postulatem jest zwiększenie do 50 % budżetu Wspólnej Polityki Rolnej funduszy na rozwój obszarów wiejskich, przy czym połowa tych środków przeznaczana byłaby na działania środowiskowe, m.in. sieć Natura 2000 i ekologiczne rolnictwo.
Nowy unijny budżet powinien być, zdaniem ekologów, zrównoważony i gwarantować ekologicznym sektorom istotne wsparcie. Oprócz rolnictwa, kluczowe będą budżetowe propozycje w zakresie zrównoważonej infrastruktury transportowej oraz energetyki odnawialnej i efektywności energetycznej – kolejne dość mgliste sformułowanie, które w praktyce może wyglądać bardzo różnie, generalnie polega zaś na ubieganiu się o pieniądze z Unii na rozmaite projekty, modne od czasu, gdy pod hasłem ochrony przyrody i „zrównoważonego rozwoju” urzędnicy unijni zamierzają arbitralnie regulować gospodarki poszczególnych państw.
Zrównoważony rozwój jest bardzo ciekawym pojęciem, powtarzanym bez zastanowienia przez polityków, którzy chcą przypodobać się wyborcom, którym wcześniej wmówili, że oto kapitalizm najwidoczniej upadł, ponieważ mamy kryzys, trzeba więc poszukać „trzeciej drogi”. Chwila zastanowienia nad pojęciem „zrównoważonego rozwoju” doprowadzi do konkluzji, że oznacza on nic innego, jak planowaną centralnie gospodarkę. Nie można tak żywiołowej i organicznej konstrukcji, jaką jest rynek, „zrównoważyć”. W sposób zrównoważony może wzrastać i powiększać się rodzina, rosnąć drzewo, ale nie gospodarka. Wszelki próby „zrównoważenia” oznaczają interwencjonizm, który, ze swej zasady, wymaga z czasem coraz większego interwencjonizmu.
Warto pamiętać, że nie tak dawno, po olbrzymim dofinansowaniu ze strony rządu, upadła duża amerykańska firma produkująca m.in. baterie słoneczne. Wybuchł z tego powodu skandal, ponieważ podnoszono zarzuty o nieprawidłowościach przy udzielaniu subwencji. Nie twierdzę, że to samo stanie się na gruncie europejskim, na pewno jednak „zielone” inwestycje to ostatnimi czasy modny temat i spora ilość unijnych pieniędzy na nie przeznaczanych będzie zapewne wyrzucona w błoto, ponieważ nie efektywność projektu liczy się najbardziej, ale najlepiej sformułowany wniosek o udzielenie dotacji.
Tomasz Tokarski
Źródło: www.gazetaprawna.pl