Świat bez wojen to mrzonka. Świat nieprzerwanego pokoju, wiecznej szczęśliwości, raj na ziemi to niebezpieczna utopia, w imię której wybuchały najkrwawsze wojny, dopuszczano się najpotworniejszego bestialstwa. Sama idea takiego świata jest zbrodnią intelektualną – najprzewrotniejszym kłamstwem w dziejach ludzkości. Świat taki musiałby być bowiem światem bez zła, a to się ziścić nie może przed nastaniem Królestwa Niebieskiego. Do tego czasu natura ludzka skażona grzechem pierworodnym będzie się skłaniać ku wszelkiemu złu. Kolejne wojny są zatem nieuniknione, bo – jak mawiał stary von Clausewitz – wojna to kontynuacja polityki odmiennymi środkami. Biada narodom, które nie chcą o tym pamiętać – w chwili zagrożenia nie obronią się. I zginą!
W wieku XX zakorzeniła się w świecie – a co gorsza także w Kościele – równie chwytliwa, co paskudna ideologia pacyfizmu. Rzesze pięknoduchów na najrozmaitszych forach wygłaszają perory w czambuł potępiające wojnę, zbrojenia, służbę wojskową oraz instytucjonalne użycie siły. Zyskują przy tym ogromny poklask, jawią się bowiem „wrażliwymi” i „humanitarnymi”. Tymczasem postulat całkowitego odrzucenia wszelkiej broni i wyrzeczenia się wszelkiej przemocy nie wynika bynajmniej ze szlachetności, łagodności czy miłości bliźniego, lecz ze ślepoty, tchórzostwa i ateistycznej mentalności.
Wesprzyj nas już teraz!
Najdobitniej wyraża to slogan ukuty przez twórcę dwudziestowiecznego pacyfizmu, Bertranda Russella: Better red than dead – „lepiej ulec komunizmowi niż zginąć”. Szczęśliwy ów człowiek nie doświadczył nigdy na własnej skórze komunizmu, ale czyżby – będąc wybitnym uczonym – nie słyszał o złudnych nadziejach francuskiej arystokracji czasów wielkiej rewolucji: Zabierzcie pierścienie, ale zostawcie nam palce? Owszem, palce arystokratów w przeważającej mierze zostały na swoich miejscach, gilotyna wszak wolała głowy…
Pacyfizm zrodził się z oświeceniowej desakralizacji świata, a co za tym idzie – desakralizacji pojęcia pokoju. Jest on jednak w równej mierze dzieckiem romantycznego sentymentalizmu, któremu etyka pomyliła się z estetyką. Dla dandysowatych pięknoduchów wojna i przemoc to zjawiska brzydkie – wiele tam potu, krwi i niewygód; wiele odrażających scen i doznań: fetor gnijącego ludzkiego mięsa, jęki i wrzaski, ciała od tygodni niemyte, woda z kałuży do picia i wiele innych tym podobnych rzeczy – wszystko to bardzo razi wydelikaconego intelektualistę, który do tego nie zwykł wgłębiać się w istotę spraw, lecz ślizgać się na poziomie najprostszych emocji.
Pacyfizm wypływa z ograniczenia ludzkiego bytu wyłącznie do wymiaru fizycznego, stąd życie jawi się jako wartość najwyższa – w celu jego zachowania dozwolone jest więc ostateczne zeszmacenie. Pacyfizm wreszcie wywodzi się z utopijnego przekonania o zdolności człowieka do rozwiązania wszystkich swoich problemów, do wyeliminowania dręczących ludzkość plag i w ogóle wszelkiego zła – w tym przede wszystkim wojny – za pomocą nauki i techniki. Znakomicie ilustrują to słowa Alfreda Nobla: Chciałbym wytworzyć substancję, albo wynaleźć tak straszliwą maszynę o zdolności zniszczeń na skalę masową, że wojny staną się absolutnie niemożliwe.
Wojna sprawiedliwa
Można zatem od biedy zrozumieć – choć usprawiedliwić zgoła trudno – pacyfizm ateistów, agnostyków czy (choć już dla zupełnie innych przesłanek) buddystów. Żadną miarą jednak nie da się pacyfizmu pogodzić z wiarą chrześcijańską. Niestety jednak w ciągu ostatnich kilku dekad postawy pacyfistyczne dokonały skutecznej ofensywy w sferę mentalności i wrażliwości licznych wyznawców Chrystusa.
Najważniejsza bodaj przyczyna takiego stanu rzeczy leży w wypaczonej chrystologii. Od kilku dekad w powszechnej świadomości funkcjonuje obraz Jezusa jako smętnego hipisa, który przemierzał palestyńską ziemię, na prawo i lewo przekazując znak pokoju. Z pewnością nie bez wpływu na takie postrzeganie Pana był wykreowany przez sentymentalną pobożność wizerunek „słodkiego Jezusa” – owszem, adekwatny w betlejemskiej stajence, nijak zaś mający się do Tego, który odziany jest w szatę we krwi skąpaną (…) a z ust Jego wychodzi ostry miecz, by nim uderzyć w narody (Ap 19, 15).
Dlatego Kościół odrzuciwszy irenistyczne mrzonki, usiłował ograniczać przyczyny wybuchania wojen, a samą wojnę ucywilizować. Temu miała służyć średniowieczna praktyka Pokoju Bożego oraz papieskie potępienie niehumanitarnych rodzajów broni i niemoralnych sposobów wojowania; temu miała służyć wypracowana przez św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu doktryna wojny sprawiedliwej – jedynej, w jakiej chrześcijanin może (a nierzadko wręcz powinien) wziąć udział z czystym sumieniem. Magisterium Kościoła nigdy nie wyrzekło się tej nauki. Pominąwszy jednak jego oczywiste nauczanie na przestrzeni wieków, w których traktowano wojnę jako nieodrodny element otaczającej człowieka rzeczywistości, przyjrzyjmy się wypowiedziom władzy kościelnej w tej materii pochodzącym ze spacyfizowanego wieku dwudziestego.
Kościół jest daleki od uznania, że każda wojna jest naganna – wołał papież Pius XII, by w innej wypowiedzi skonkretyzować tę postawę: Jeśli naród zagrożony niesprawiedliwą agresją, bądź taki, który już padł ofiarą agresji, chce myśleć i działać po chrześcijańsku, nie może trwać w biernej obojętności, a tym bardziej solidarność rodziny narodów uniemożliwia zachowywanie, jak zwykły widz, postawy niewzruszonej neutralności.
Wojna sprawiedliwa zatem to wojna w obronie zagrożonych wartości, wśród których jednak pokój nie stoi na najwyższym miejscu, nie jest zatem wart każdej ceny. Pamiętajmy, że postawa ratowania pokoju bez względu na koszty doprowadziła do wybuchu II wojny światowej. Pomyślmy tylko, że gdyby Jan III Sobieski prewencyjnie nie zaatakował Turków pod Wiedniem, Bazylika św. Piotra byłaby dziś – zgodnie z zapowiedzią Kara Mustafy – reprezentacyjną stajnią dla sułtańskich wierzchowców. A jak wyglądałaby dzisiaj Europa, gdyby nasi przodkowie zamiast zbrojnie zagrodzić drogę bolszewickim hordom w roku 1920, postawili na politykę łagodzenia sporu? Z kolei, gdyby późniejsze władze II Rzeczypospolitej większą wagę przywiązywały do kwestii zbrojeń, nie doszłoby do katastrofy wrześniowej, męczeństwa narodu polskiego, zagłady Żydów…
Narzędzie w ręku totalitaryzmu
Pacyfizm polega na niewypełnieniu pojęcia pokoju żadną pozytywną treścią, a co za tym idzie, na zredukowaniu życia człowieka do życia fizycznego. Nie wystarczy głosić, że trzeba robić wszystko dla zachowania ludzkiego życia. Musi ono być też ludzkie, to znaczy wolne – przypomina współczesny filozof francuski, Paul Thibaud. Istnieje bowiem rzecz gorsza od śmierci, mianowicie – hańba. Nawet dziś, w dobie broni masowego rażenia, zdolnej unicestwić całą ludzkość, istnieje znacznie bardziej przerażająca alternatywa dla takiej ewentualności – globalny totalitaryzm zakuwający ludzkość w nieznane do tej pory kajdany i rzucający wyzwanie samemu Bogu.
Pięknoduchy jednak tego nie pojmują, bo nie ma dla nich nic świętego ani naprawdę drogiego. Nie są w stanie ogarnąć tej prostej prawdy, że chociaż sami winniśmy nadstawiać drugi policzek do upadłego, to jednak osób i dóbr powierzonych nam przez Boga mamy bronić z całych sił: strzelając, bombardując, waląc tak, żeby bolało. Sam Pan Jezus nie zawahał się użyć przemocy przeciwko tym, którzy ubliżyli Ojcu, czyniąc ze świątyni jaskinię zbójców (Mk 11, 17; Łk 19, 46). Bicz w Jego dłoni spadł wówczas na niejeden kark (por. J 2, 13-17).
Pięknoduchy łatwo dają się zwieść pięknym słówkom, których zbrodnicze ideologie zazwyczaj mają pełne usta. Tymczasem Kościół musi brać pod uwagę mroczne moce, które zawsze działały w historii. Dlatego odnosi się z nieufnością do wszelkiej propagandy pacyfistycznej, w której nadużywa się słowa „pokój”, by zamaskować trzymane w tajemnicy cele – wyjaśnia Pius XII.
Pacyfizm od samego początku stanowił użyteczne narzędzie międzynarodowego komunizmu. Wodzowie komunizmu zauważyli – przypomina Pius XI – powszechną tęsknotę za pokojem i dlatego udają gorliwych rzeczników i popleczników idei pokojowych, ale w tym samym czasie pobudzają rzesze do walki klasowej, która do straszliwego przelewu krwi prowadzi.
Historia potwierdza papieską naukę w całej rozciągłości. Pacyfizm wszak przez wiele dekad realizował – niekiedy bezwiednie, częściej zaś cynicznie – na leninowską dyrektywę, iż końcowy pokój oznacza po prostu komunistyczne panowanie na całym świecie. W interesie Związku Sowieckiego więc pacyfizm usypiał czujność wolnego świata, mydlił oczy jego intelektualistom, wzniecał wewnętrzną niezgodę w krajach, których Moskwa nie była w stanie otwarcie ujarzmić. Najgłośniej krzyczy w tej materii przykład działań sowieckiej agentury wpływu w Stanach Zjednoczonych podczas wojny w Wietnamie. Uruchomienie na terytorium przeciwnika tak szeroko zakrojonej i w ostatecznym rozrachunku niezwykle skutecznej akcji protestu przeciwko słusznemu odruchowi obrony spokojnego kraju – notabene katolickiego – przed bestialską agresją Imperium Zła, stworzenie ruchu hipisowskiego, wypromowanie całego „antywojennego” nurtu w kulturze wraz z rzeszą jego aktywnych animatorów (w którym to gronie, co najlepsze, znalazły się również osoby uważające się za zajadłych antykomunistów) stanowiło prawdziwy majstersztyk.
Niezmienne Magisterium
Po Soborze Watykańskim II swąd pacyfizmu wtargnął również w progi Domu Bożego. Zaczęto posługiwać się eufemizmami, które rodzą nieporozumienia. Oto na przykład można usłyszeć, że współczesna doktryna katolicka na temat wojny różni się od teorii wojny sprawiedliwej, obecnie bowiem „wojnę sprawiedliwą” zastąpiło „prawo do obrony”. Jednakże pod powierzchnią mętnej niekiedy frazeologii kryje się niezmieniona nauka.
Katechizm Kościoła Katolickiego, rozpatrując zagadnienie uprawnionej obrony z użyciem siły militarnej, wymienia niezbędne jej warunki – identyczne jak w minionych wiekach. Ten sam Katechizm przypomina również, że zakaz zabójstwa nie znosi prawa do unieszkodliwienia napastnika. Uprawniona obrona jest poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie innych lub za dobro wspólne (KKK 2321).
Sobór Watykański II bynajmniej nie potępił usprawiedliwionego użycia siły zbrojnej. Póki będzie istniało niebezpieczeństwo wojny, a równocześnie brakować będzie międzynarodowej władzy posiadającej niezbędne kompetencje i wyposażonej w odpowiednią siłę, póty rządom nie można zaprzeczać prawa do koniecznej obrony, byle wyczerpały wpierw wszystkie środki pokojowych rokowań – czytamy w konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes (nr 79).
Odwaga, poświęcenie, heroizm
Kościół nigdy nie głosił apoteozy wojny – jego Urząd Nauczycielski nie popierał działań mających na celu ujarzmianie narodów, lecz wyłącznie w celach słusznej ich obrony. Błędne tego typu wyobrażenia wynikają z dosyć niestety licznych elukubracji rozmaitych pseudokonserwatystów, będących w istocie bezwiednymi krzewicielami neopogaństwa.
Wszelką apoteozę wojny trzeba potępić jako aberrację umysłu i serca. (…) Wywoływanie wojny dlatego, że jest szkołą wielkich cnót i okazją do ich praktykowania, należy uznać za zbrodnię i szaleństwo – stwierdza kategorycznie Pius XII.
Niemniej jednak wojna może dostarczyć – i w rzeczy samej niezwykle hojnie dostarcza – okazji do szczególnie wyraźnego zaprezentowania cnót pielęgnowanych w czasach pokoju: odwagi, poświęcenia, heroizmu.
Istnieją bowiem cnoty wojskowe. Żołnierska służba – realizująca przecież wspaniałe ideały strzeżenia spokoju i bezpieczeństwa bliźnich – może i powinna być powołaniem, podobnie jak powołaniem ma i powinien być zawód lekarza i pielęgniarki, nauczyciela czy policjanta. Może i powinna być zatem drogą do uświęcenia. Służba wojskowa jest nie tylko zawodem czy obowiązkiem. Musi być także wewnętrznym nakazem sumienia, nakazem serca – uczy Jan Paweł II, rozwijając zresztą wytyczne ostatniego soboru: Ci, którzy sprawie ojczyzny oddani służą w wojsku, niech uważają siebie za sługi bezpieczeństwa i wolności narodów. Jeżeli bowiem to zadanie właściwie spełniają, naprawdę przyczyniają się do utrwalenia pokoju (Gaudium et spes, 79).
Kojarzenie wojskowego rzemiosła wyłącznie z gwałtem i nieprawością to kłamliwa, tendencyjna propaganda wrogów porządku i – o ironio! – pokoju. Sprawiedliwą wojnę da się prowadzić w sposób humanitarny i szlachetny. Kto zdoła wskazać przykład zbrodni wojennych dokonanych przez Wojsko Polskie w czasie całej drugiej wojny światowej?
Jerzy Wolak
Tekst ukazał się w nr. 13 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”