Straszne rzeczy dzieją się za naszą zachodnią granicą! Prezydentem Niemiec został pastor, co prawda były i żyjący na kocią łapę z jakąś panią, ale jednak pastor. No i do tego były szef ichniego IPN-u, zoologiczny antykomunista. Toż to nie dość, że klerykalizacja, to jeszcze faszyzacja na całego! Unia Europejska wszystko to widzi i nie grzmi?
Wyobraźmy, co by się stało, gdyby po najwyższy urząd w Rzeczypospolitej chciał sięgnąć jakiś ksiądz, choćby i suspendowany. A gdyby na dodatek był to jeszcze główny lustrator kraju, znany jako „strażnik teczek”, toby się dopiero rozpętała zawierucha. A tu nic, spokój panuje w Berlinie, Paryżu i Brukseli.