Nie mają nawet grobów, zdradzeni, po śmierci odarci z czci i godności, wymazani z narodowej pamięci nie zostali do niej przywróceni po roku 1989. Nie trafili do szkolnych podręczników, nie powstały o nich filmy, nie stali się natchnieniem artystów. Jakże niewielu dzisiaj cokolwiek mówią ich nazwiska czy pseudonimy. Ich świat przestał istnieć. Zniszczono pierwotne znaczenie wartości, którym byli wierni do końca. W Polsce zepsutej latami komunistycznych rządów, zdeprawowanej okrągłostołową spuścizną odwrócono sens pojęć: niepodległość, honor, odwaga, wierność, bohaterstwo, patriotyzm, niezłomność. Obdarowano nimi zdrajców, konfidentów i zaprzańców. Być może powrót do Polski niepodległej duchem – Polski z marzeń „Kmicica”, „Kotwicza”, „Szczerbca”, „Łupaszki”, „Krysi”, „Ragnera”, „Mena”, „Olecha” – już nigdy nie nastąpi, ale podjęcie tego trudu jesteśmy im winni.
Żołnierze Armii Krajowej na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej –Nowogródczyźnie, Wileńszczyźnie – to jedne z najtragiczniejszych postaci minionego wieku. Jako pierwsi w latach 1939-1941 doświadczyli wyjątkowości sowieckiej okupacji, dokonującej nie tylko fizycznej eksterminacji, ale powodującej powolne gnicie godności ludzkiej pośród wykoślawionej szarugi bolszewickiej rzeczywistości. Po wkroczeniu Niemców podjęli walkę nie wiedząc, że zostali zdradzeni przez Zachód, który oddał Związkowi Sowieckiemu połowę terytorium Rzeczypospolitej – ich domostwa, ojcowizny, ziemię, na której żyli od pokoleń. Chwycili za broń, aby wykrzyczeć wolnemu światu, iż tam jest Polska, aby dać świadectwo o istocie bolszewizmu…
Wesprzyj nas już teraz!
W nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku odziały armii sowieckiej przekroczyły wschodnią granicę Rzeczypospolitej. Moskwa traktowała zajmowane ziemie jako własne, a Zachód faktycznie zaakceptował ten stan kilka tygodni wcześniej, na konferencji w Teheranie. Rząd Rzeczypospolitej mógł jedynie słać protesty. Polakom pozostawały jeszcze prasowe artykuły, które łaskawie dopuściła do druku aliancka cenzura. Oto, na przykład, w nowojorskim „Tygodniku Polskim” czytamy: Są ludzie w Anglii i Stanach Zjednoczonych, którzy chcą w nas wmówić, że musimy ustąpić przed Rosją, ponieważ Rosja jest silna. Otóż przede wszystkim Rosja nie jest silniejsza od Anglii i Stanów, tylko one nie używają tej siły. Jesteśmy wbrew owym doradcom, że nie należy ustępować przed siłą. Dlatego, że miliony naszych braci, nie tylko naszych braci Polaków, ale naszych braci Amerykanów, Anglików, Jugosłowian, Francuzów giną po to, aby wyzwolić świat od przemocy, nie zaś, aby zamienić jedną przemoc w drugą.
Chwila wolnej Polski
Historia niczego nie nauczyła zachodniego świata w postępowaniu z Moskwą, a fatalnych tego skutków najszybciej doświadczyli Polacy na Kresach. Zapowiedzi bolszewickich porządków dostarczył już stosunek sowieckiej partyzantki do Armii Krajowej. Pod koniec sierpnia 1943 roku Sowieci zaprosili dowództwo sformowanego w rejonie jeziora Narocz oddziału porucznika Antoniego Burzyńskiego „Kmicica” na „naradę bojową”. W jej trakcie oficerowie – na czele z „Kmicicem” – zostali aresztowani i zamordowani; rozstrzelano też pięćdziesięciu żołnierzy. Wyrok Stalina na Polskie Państwo Podziemne został już wszak wydany.
Tymczasem, od zimy 1943/1944 oddziały Armii Krajowej na Wileńszczyźnie odnosiły w walce z Niemcami wiele sukcesów. Zdobyte miasteczko Turgiele stało się stolicą „Rzeczypospolitej Turgielskiej” obejmującej kilka okolicznych gmin wyzwolonych przez AK. Przez kilka miesięcy był to skrawek prawdziwie wolnej Polski. W Wielkanoc 1944 roku do miasteczka przybył komendant Okręgu Wileńskiego AK ppłk Aleksander Krzyżanowski „Wilk”, wizytując III Brygadę Wileńską kpt. Gracjana Fróga „Szczerbca” (walczył we wrześniu 1939 roku, uciekł z niewoli sowieckiej, a potem z więzienia NKWD, kolejny raz został uratowany z transportu na wschód po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej). Po zakończeniu rezurekcji w wypełnionym po brzegi cywilami i żołnierzami turgielskim kościele odśpiewano Jeszcze Polska nie zginęła.
Potem odbyła się defilada wśród przybyłych rodzin, mieszkańców z całej okolicy, biało-czerwone flagi, a na rynku odprawa przed ppłk. „Wilkiem” – szeregi żołnierzy, szwadrony kawalerii – wszyscy w mundurach Wojska Polskiego… I jakże wiele radości: tej ze zmartwychwstania Jezusa i tej z chwil wolności. Tak miał wyglądać koniec wojny po pięciu latach zmagań Polaków na Wileńszczyźnie z okupantami…
Europa i sowiecka obłuda
Cztery miesiące później, na początku lipca 1944 roku III Brygada Wileńska – jedna z najlepszych jednostek AK – posiadająca nie tylko własny szwadron kawalerii, kolumnę dwudziestu pięciu samochodów, własny szpital polowy, a nawet orkiestrę, została przewieziona na przedmieścia Wilna, aby wziąć udział w operacji „Ostra Brama”, czyli zdobywaniu miasta we współdziałaniu z armią sowiecką. Po kilku dniach zmagań Wilno zostało zajęte. Jeszcze w czasie trwania walk komendant „Wilk” naiwnie twierdził, iż wywalczy uznanie Armii Krajowej i nie da się rozbroić. Władze sowieckie jednak zakazały jednostkom polskim swobodnego poruszania się, zabroniły też III Brygadzie „Szczerbca” urządzenia defilady, co jej dowódcę doprowadziło do wściekłości, uważał bowiem, że wcale nie należało pytać o zgodę.
Wkrótce wszystko stało się jasne. Sowieci nakazali polskim oddziałom opuszczenie Wilna, komendanta „Wilka” zaś zaproszono na rozmowy pod pretekstem tworzenia regularnych jednostek wojskowych. Przybywszy na spotkanie, usłyszał on jednak, iż żadnych rozmów nie będzie, po czym niezwłocznie został aresztowany. Podobny los spotkał wielu innych polskich oficerów, a kilka tysięcy żołnierzy, otoczonych przez wojska NKWD, uwięziono w obozie w Miednikach Królewskich, gdy zaś odmówili wstąpienia do armii Berlinga – zesłano do łagrów w głębi Rosji.
Ci, którzy uniknęli pojmania przez NKWD, kontynuowali opór w podziemiu. Komendant Garnizonu Miasta Wilna Armii Krajowej, mjr Leon Koplewski „Skarbek” pisał w jednym z rozkazów: Wierzymy, że przelana krew i ofiary nie pójdą na marne i że nad naszym wysiłkiem zbrojnym nie przejdą do porządku dziennego czynniki, które decydować będą o przyszłości Europy. Rozbrojenie i internowanie naszych oddziałów AK bezpośrednio po wspólnej akcji przeciw wspólnemu wrogowi, jest jeszcze jednym, niespotykanym w historii faktem obłudy i nikczemnej polityki sowieckiej wobec Polski. W chwili obecnej, pomimo rozbicia naszych sił zbrojnych na tym terenie – dalej trwamy na posterunku i nie może nikt z nas ani przez sekundę zapomnieć o naszych obowiązkach żołnierskich.
Pojmanego „Wilka” zastąpił ppłk Julian Kulikowski „Ryngraf”, który odbudował konspiracyjne struktury Okręgu Wileńskiego AK. Niestety, kilka miesięcy później on również został aresztowany przez NKWD. Jego miejsce z kolei zajął ppłk Antoni Olechnowicz „Pohorecki” – ostatni komendant Okręgu – który dotrwał do roku 1948, skutecznie przeprowadzając ewakuację do centralnej Polski.
Nigdy się nie poddali
Do walki z oddziałami, które przetrwały wkroczenie Sowietów do Polski, NKWD rzuciło wszystkie siły. Osaczane oddziały broniły się do końca. 21 sierpnia 1944 roku poległ w walce pod Surkontami płk Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”. Postać iście legendarna – po wojnie obronnej w 1939 roku pełnił funkcję zastępcy mjr. Henryka Dobrzańskiego „Hubala”. Następnie przedostał się do Francji i Anglii. To właśnie on był pomysłodawcą utworzenia formacji słynnych cichociemnych zrzucanych do Polski. Sam jako jeden z pierwszych wylądował w okupowanym kraju i pracował w Komendzie Głównej AK w Warszawie. Na początku 1944 roku został oddelegowany do Okręgu Nowogródzkiego, gdzie objął dowództwo liczącego ponad dwa tysiące żołnierzy Zgrupowania Nadniemeńskiego AK. Wobec przewidywanej ofensywy sowieckiej wraz z komendantem Okręgu Wileńskiego, ppłk. Aleksandrem Krzyżanowskim „Wilkiem” opracował plan zdobycia Wilna przez AK – operacji „Ostra Brama”. Niestety, nie mógł wziąć udziału w tej operacji, gdyż wcześniej w potyczce z oddziałem SS pod Dandyliszkami został ranny w prawą rękę, którą musiano amputować. Uniknął natomiast aresztowania przez Sowietów. Z małym oddziałem pozostał w lesie próbując przedostać się w Białostockie. Pod Surkontami – około dwudziestu kilometrów na zachód od Lidy – osaczony przez siły sowieckie „Kotwicz” poległ wraz z trzydziestoma pięcioma towarzyszami po kilkugodzinnej walce.
Kilka miesięcy później jego los podzielił – zaprawiony w walce z Niemcami i Sowietami ppor. Czesław Zajączkowski „Ragner”, organizator akowskiej partyzantki na Nowogródczyźnie. Wielokrotnie wymknąwszy się z okrążeń, zginął w grudniu 1944 roku, gdy przeciwko jego ponadtrzydziestoosobowemu oddziałowi Sowieci skierowali tysiąc czterystu żołnierzy i trzy czołgi. Wkrótce poległ też w zasadzce NKWD zadający od miesięcy dotkliwe ciosy armii sowieckiej por. Jan Borysewicz „Krysia”. Stawało się coraz bardziej oczywiste, iż wobec sowieckiego terroru – na mocy podjętych w Jałcie decyzji oddania wschodnich ziem Rzeczypospolitej Moskwie – zdławienie na nich oporu jest wyłącznie kwestią czasu. Dlatego większość struktur ewakuowano na zachód – do Polski wyznaczonej nowymi, jałtańskimi granicami.
Walkę kontynuowały jedynie niewielkie oddziały: ostatni dowódca poakowskiej partyzantki ziemi grodzieńskiej, Mieczyław Niedziński „Men” poległ w maju 1948 roku, a dokładnie rok później zginął w walce ostatni dowódca z Nowogródczyzny, ppor. Anatol Radziwonik „Olech”. Ich żołnierze walczyli nadal…
Odpoczną żołnierze na niebiańskich błoniach
Do tego czasu rozbito już także struktury ewakuowane do tzw. „Polski lubelskiej” przez płk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego” – ostatniego komendanta Okręgu Wileńskiego AK. Znalazła się wśród nich V Brygada Wileńska dowodzona przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, walcząca z komunistami i budząca w nich strach na Białostocczyźnie, Warmii i Mazurach oraz Podlasiu i Pomorzu. Porucznik Szendzielarz wsławił się w walce już we wrześniu 1939 roku, walczył wtedy pod komendą płk. Władysława Andersa. Później uciekł z sowieckiej niewoli. W roku 1943 z resztek żołnierzy „Kmicica” stworzył V Brygadę Wileńską AK. Pseudonim „Łupaszka” przyjął na cześć ppłk. Jerzego Dąmbrowskiego, postrachu bolszewików w roku 1920 i po 17 września 1939, zamordowanego w katowni NKWD. I w pełni nań zasłużył. Szwadrony jego V Brygady nie ustępowały regularnemu wojsku. Były w pełni umundurowane, doskonale uzbrojone, karne, żołnierze nosili charakterystyczne ryngrafy z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej – znakiem przywiązania do ojczystych stron.
Tylko w roku 1946 siły „Łupaszki” przeprowadziły ponad dwieście trzydzieści akcji. W tym beznadziejnym czasie podtrzymywały opór, budziły nadzieję. Nie jesteśmy żadną bandą, jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. (…) Wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości – wyjaśniał cele swej działalności ich dowódca. Na początku lata 1948 roku został wraz z wieloma żołnierzami wileńskiej partyzantki aresztowany przez UB.
Dopełnił się tragiczny los niezłomnych, kresowych żołnierzy. Ci, którzy nie polegli nad Wilią czy Niemnem, stracili życie w sowieckich łagrach lub ubeckich kazamatach. „Wilk”, po ucieczce z obozu, aresztowany ponownie w roku 1948 już przez bezpiekę, nie doczekał procesu, umierając w więzieniu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie w roku 1950. Jego następcę, „Ryngrafa” skazano na dziesięć lat łagrów, „Wileńczyka” – na dwadzieścia pięć lat (nie przeżył „nieludzkiej ziemi”). W komunistycznych procesach zamordowani zostali: „Bury” (1949), „Pohorecki”, „Szczerbiec”, „Łupaszka” (1951) i wielu, wielu innych… Ci, którzy przeżyli, całe życie płacili za swą dumną przeszłość, bezpieka nigdy o nich nie zapomniała. Niektórych śledzono jeszcze w latach osiemdziesiątych.
Jak śpiewa w Rozstrzelanej armii Andrzej Kołakowski:
Od wrót Ostrej Bramy do katowni Gdańska
Tak się zakończyła przygoda ułańska.
Zagrała pobudka, rżą w przestworzach konie,
Odpoczną żołnierze na niebiańskich błoniach
Wieczna chwała zmarłym, hańba ich mordercom.
Tętno Polski bije w przestrzelonych sercach.
Jarosław Szarek
Artykuł ukazał się w nr. 17 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”.