14 marca 2012

Od „postpolityki” do hołoty bezbożników

(fot. mzacha/sxc.hu)

Przerażający spektakl chrystofobii, którego byliśmy świadkami w nocy 9 sierpnia na Trakcie Królewskim w Warszawie, to chyba najważniejszy epizod walki o krzyż przed Pałacem Prezydenckim, która przez cały miesiąc zajmowała opinię publiczną w naszym kraju. Stanowił on swoiste ostrzeżenie, pokazując, do czego prowadzi stosowanie wszelkich dostępnych chwytów w walce politycznej. Przede wszystkim jednak był pierwszym tak drastycznym wystąpieniem przeciwko obecności Krzyża w przestrzeni publicznej od czasów głębokiego komunizmu.


Ojczyzna nasza przedstawia dziś smutne widowisko irracjonalnego agonu dwóch splecionych ze sobą w śmiertelnym uścisku obozów partyjnych, dla których ważniejsze jest unicestwienie przeciwnika niż ocalenie wspólnoty politycznej, takie zaś nastawienie jest prostą drogą do znicestwienia narodu – komentuje sytuację, w której znalazła się Polska, prof. Jacek Bartyzel. – Ci agoniści są jak Niebiescy i Zieloni, grupujący popleczników jednego bądź drugiego zaprzęgu rydwanów, którzy z tą samą zajadłością przez setki lat rozszarpywali Cesarstwo Bizantyjskie. Są jak gwelfowie i gibelini, lecz tacy, którzy już nawet nie pamiętają, o co spierali się ich przodkowie, ale pozostała im zapiekła nienawiść.

Wesprzyj nas już teraz!

 

„Sekta” przeciw „korporacji”

Prawo i Sprawiedliwość zawsze było partią-projektem Jarosława Kaczyńskiego, jednak początkowo łączyło wiele rozmaitych nurtów ideowych, środowisk politycznych i indywidualności. Gdy po prawej stronie sceny politycznej zabrakło tej partii konkurentów, nastąpił proces jej monolityzacji i umacniania pozycji prezesa, połączony z pozbywaniem się niepotrzebnych już „na tym etapie” środowisk i liderów, co w szczególny sposób dotknęło – paradoksalnie – katolicko-konserwatywny nurt w łonie PiS. Zwieranie szeregów wokół „wodza”, zrozumiałe, bo wymuszone przez coraz zacieklejszą kampanię nienawiści rozpętaną przez środowiska liberalno-lewicowe, w ostatnim okresie, zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej przybrało jednak zatrważającą, sekciarską wręcz formę. Członkowie tego ugrupowania każde zdanie przywódcy traktują jak prawdę objawioną, są jednocześnie w stanie wybaczyć mu każdą, nawet najgorszą wpadkę (jak dopieszczanie postkomunistów bzdurami o „liberalnych” czasach Gierka). Do tego doszło budowanie legendy tragicznie zmarłego Prezydenta RP, kreującej go na przywódcę Polski katolickiej i tradycyjnej oraz męża stanu ratującego Polskę przed zagładą, i z tego powodu usuniętego przez obce siły, podczas gdy z pewnością Lech Kaczyński (podobnie jak jego brat) choć publicznie przyznawał się do katolicyzmu, nie był politykiem katolickim w pełnym tego słowa znaczeniu, w pewnych kwestiach rozmijając się wszak z nauczaniem Kościoła w sprawach moralnych, a i w obronie suwerenności Polski brakowało mu konsekwencji, gdy jedną ręką wykonując wojownicze gesty wobec neoimperializmu rosyjskiego, drugą podpisywał traktat lizboński.

Z kolei Platforma Obywatelska to partia funkcjonująca jak korporacja, spółka akcyjna, której głównym celem jest zapewnienie zysków swoim udziałowcom, niezależnie od tego, czy najważniejsze pakiety akcji znajdują się w rękach rozmaitych środowisk politycznych, gospodarczych czy też koterii towarzyskich lub rodzinnych, zwykłych mafii i innych niejawnie działających organizacji lub struktur (być może nawet zagranicznej proweniencji). Naczelnym środkiem do osiągnięcia tych zysków (czy to finansowych czy innego typu) jest – rzecz jasna – sprawowanie władzy publicznej. Aby zaś ją zdobyć i następnie przez szereg lat utrzymać, trzeba posłużyć się propagandą, mającą przekonać wyborców, żeby głosowali właśnie na tę a nie konkurencyjną firmę, czyli partię.

 

„Zbiorowy palikot”

Tu jednak kończy się podobieństwo z rynkiem, bo za zwykłą reklamą, choćby najbardziej oszukańczą, stoi jednak jakiś konkretny produkt, którego sprzedaż ma ona zagwarantować, nawet jeśli możliwość weryfikacji jego jakości jest niewielka. Tymczasem rządy PO funkcjonują już wyłącznie w wirtualnym świecie stworzonym z PR-owskich zagrywek, multiplikowanych i eskalowanych co do natężenia środków, tak, jakby politycy tego ugrupowania uwierzyli, że wystarczy odpowiednio umiejętnie wpajać „ciemnej masie” przed telewizorami rozmaite slogany propagandowe, by stały się one prawdą. Jedyną metodą na uniknięcie zderzenia z rzeczywistością coraz bardziej katastrofalnego stanu państwa jest kreowanie kolejnych medialnych spektakli, a w razie konieczności – nawet bitew i wojen. Przekonać się o tym mogli Polacy poszkodowani w wyniku tegorocznej ­powodzi, boleśnie doświadczający paraliżu i bezwładu struktur państwa, a równocześnie karmieni przez media propagandą sukcesu i elektryzowani bulwersującymi wypowiedziami funkcjonariuszy PO oraz zaprzyjaźnionych z nimi celebrytów.

Wobec tragedii, jaka wydarzyła się pod Smoleńskiem, i żałoby, która po niej nastąpiła, Donald Tusk stanął zupełnie bezradny, bo wszystko to było autentyczne, rzeczywiście przeżywane przez niemal cały Naród, nie zaś wirtualne, jak jego „­polityka”. Podjął więc, jak zwykle, próbę „ucieczki do przodu”: przemilczenia, pomniejszenia, nienarażania się (zwłaszcza Rosji), przeczekania. Tę strategię storpedowała właśnie grupa „obrońców krzyża” sprzed Pałacu Prezydenckiego (notabene sprowokowana przecież – kto wie, czy nie celową – wypowiedzią nowo wybranego prezydenta Komorowskiego o konieczności usunięcia krzyża), pokazująca, że nie wszyscy Polacy „kupują” jego medialne manewry. Tym razem trzeba było użyć nowej metody, czyli wypuścić na ulice hodowaną od wielu już lat na medialnej papce hołotę. Kiedyś śmiano się z Lecha Kaczyńskiego, teraz się śmieją z krzyża i papieża pisze o tym „zbiorowym palikocie” na łamach „Rzeczpospolitej” prof. Zdzisław Krasnodębski. – Są bardzo użyteczni, bo obozowi rządzącemu nie na rękę była rozprawa z tłumem 3 sierpnia. Musiano by użyć środków przymusu bezpośredniego. Zdjęcia i filmy poszłyby w świat i komuś mogłoby przyjść do głowy, że oni rzeczywiście stanęli, gdzie stało ZOMO. Tym razem Palikot, o którym jego kolega partyjny mówi, że jest bardzo mocno umocowany”, nie wystarczył jako indywiduum, potrzebny był Palikot zbiorowy, aktyw młodzieżowy, który spełni tę samą rolę, co aktyw robotniczy w dawnych czasach, gdy też trzeba było zatrzymać ciemnotę i reakcję. Teraz wystarczy Facebook, by zorganizować tłumek, a prymitywną pałkę można zastąpić lepszymi narzędziami. Nie przypadkiem premierowi poprawił się humor. Już nie mówił o potrzebie zaprowadzenia porządku, ale o polskim Hyde Parku.

 

Asymetria odpowiedzialności

Z pewnością, na Krakowskim Przedmieściu obydwie strony posłużyły się w walce politycznej Krzyżem, ale nie można – jak czynią to niektórzy publicyści – ich zrównywać. Nie istnieje między ich przewinami symetria, tak jak nie ma jej pomiędzy działającymi z premedytacją płatnymi zdrajcami a zdesperowanymi i zdezorientowanymi rokoszanami (choć efekty ich działań dla państwa mogą być często podobne), czy – żeby posłużyć się może nawet bardziej adekwatnym, choć dosadnym, porównaniem – pomiędzy gwałcicielem i mordercą nastolatki a jej zrozpaczonym ojcem, który sam wymierza sprawiedliwość, imając się pozaprawnych środków.

Oto jedni protestują przeciw rezygnacji przez Polskę z samodzielnego prowadzenia śledztwa w sprawie katastrofy samolotu prezydenckiego i domagają się godnego uczczenia zmarłych. Nie „jakichś tam” zmarłych – mowa o Prezydencie Rzeczypospolitej, generalicji i innych osobach, które (niezależnie od naszych opinii na temat niektórych z nich) zginęły – nawet jeśli w wyniku wypadku – w 70. rocznicę zbrodni katyńskiej, na ziemi, na której ona się dokonała! Protestujący czynią to przecież nie z powodu jakiegoś zbiorowego urojenia, ale wobec jak najbardziej realnego problemu: skandalicznej polityki uników i poniżającego zachowania władz RP wobec byłych kagiebistów stojących na czele sąsiedniego mocarstwa. Zachowania, które – podobnie jak polityka dezinformacji prowadzona od chwili katastrofy przez stronę rosyjską – nie może nie rodzić rozmaitych, nawet najbardziej fantastycznych, teorii na temat odpowiedzialności za tragedię w Smoleńsku.

Wielu spośród nas może nie podobać się egzaltacja „obrońców”, inni mogą powątpiewać w szczerość ich motywacji. Niektórzy wszak spośród nich (nie brak medialnych doniesień, że byli to zwykli prowokatorzy) zachowywali się w niewłaściwy sposób. Jednak większość po prostu… modliła się u stóp znaku naszej wiary, o którego przywrócenie do publicznej obecności wielu z nich walczyło przed laty z totalitarnym państwem!

A co w odpowiedzi na to robią ich przeciwnicy? Rozpętują bezprecedensową kampanię prowadzoną przez rozmaite polityczno-medialne kanalie, której celem jest wytworzenie w opinii publicznej przekonania, że modlitwa małej grupki przed Pałacem Prezydenckim stanowi istotne zagrożenie dla „bezpieczeństwa państwa”, aby wreszcie na warszawską ulicę wypuścić prawdziwą hołotę, używającą szyderstwa, wyzwisk, wreszcie ekskrementów już nie przeciwko ludziom, którzy protestują, tylko przeciw samemu Krzyżowi. I to nie tylko przeciw temu konkretnemu „krzyżowi smoleńskiemu”, ale przeciw Krzyżowi Chrystusowemu w ogóle. Zdominowane przez nich władze miasta Warszawy nie reagują, gdy złożona z „młodych, wykształconych i z wielkich miast” wulgarna tłuszcza paraduje z bluźnierczymi transparentami, krzyżem z puszek po piwie, wreszcie ukrzyżowanym misiem (notabene ciekawe, czy podobnie spokojnie zachowałaby się policja, gdyby na jakiejś pikiecie pojawiła się np. kukła szympansa z gwiazdą Dawida na czole).

 

Państwo świeckie czy bezbożne?

Należy zadać pytanie: cui bono? Wystarcza tylko kilka dni, by ośmielone tym spektaklem, żywiące się chrystofobią męty wychynęły z niebytu i przystąpiły do działania. W kilku miejscowościach dokonano zniszczenia krzyży przydrożnych, w Łodzi pojawiły się obraźliwe napisy na murze kościoła. Dopiero co reanimowana w trakcie wyborów prezydenckich (przy udziale zresztą dwóch głównych kontrkandydatów) partia postkomunistyczna ogłasza kampanię na rzecz „świeckości państwa”. Hasło to, jak słusznie zauważa prof. Jacek Bartyzel, zawiera fałsz wierutny, jako że w cywilizacji łacińskiej nie ma i być nie może doczesnego państwa innego niż „świeckie” i niemożliwa jest „teokracja”, albowiem Piotr podjął tylko jeden miecz z dwu danych mu przez Chrystusa, drugi pozostawiając władzy świeckiej (…). Tak więc owo „państwo świeckie”, o którego ustanowienie walczą członkowie SLD, to w istocie „państwo bezbożne”, ignorujące Pana wszelkiego stworzenia i Króla królów – którego panowanie winno być uznane przez wszystkich tymczasowych piastunów jakiejkolwiek władzy na ziemi – albo wręcz wojujące z Nim, tym samym zaś oddające pokłon Księciu Tego Świata.


Czy przywódcy dwóch obozów politycznych, które zawładnęły dziś sceną polityczną nie widzą do czego naprawdę prowadzi ich „postpolityczna” wojna? Czy nie widzą, że torują oto drogę nie zapateryzmowi nawet, ale zwykłej, rodzimej ­bolszewii?

Piotr Doerre

Artykuł ukazał się w nr. 16 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”.

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie