Istnieje Tybet, o którym nikt nie mówi – Tybet chrześcijański. Lud zapomniany, bohaterski, zniewolony, a jednocześnie głęboko wolny. Lud rozwijający się powoli, radosny i tajemniczy. Niegdyś ta właśnie misja chrześcijańska była najbardziej spragniona misjonarzy, bo najbardziej odległa i najbardziej zagrożona. Dziś jest to lud wierny bez kapłanów. W każdą niedzielę odżywa w tych ludziach nadzieja; czekają na misjonarza o jasnej skórze i brodzie. Są przekonani, że on pewnego dnia powróci.
Tybet, który zwiedzam, nie jest tym samym krajem, który przemierzali niegdyś ojciec Huc, Alexandra David-Neel czy Heinrich Harrer. Tamci poznali Tybet przed komunistyczną inwazją. Ja oglądam Tybet głęboko zraniony.
Wesprzyj nas już teraz!
W centrum stolicy kraju, u stóp Potala (pałacu dalajlamów), rozpościera się kolisty plac, pośrodku którego stoi niezwykły pomnik – dwa ogromne pozłacane jaki upamiętniać mają czterdziestą rocznicę „wyzwolenia” Lhasy przez chińskich komunistów. Dwaj policjanci uzbrojeni w karabiny pilnują wejścia do pałacu. Niewielu z turystów przechodzących obok zdaje sobie sprawę z faktu, że oto mijają miejsce politycznych egzekucji. W Lhasie nie znajdziemy żadnej dzwonnicy, a jednak wiadomo, że gdzieś tu gromadzą się chrześcijanie.
Niespodziewany wróg…
Aby odnaleźć kościoły, trzeba się udać na granicę Tybetu i chińskiej prowincji Yunnan. Nie są to małe kaplice, ale piękne parafialne świątynie – duma miejscowej ludności – wybudowane na tym skalistym terenie przez francuskich misjonarzy. Niestety, ostatni kapłani, szwajcarscy kanonicy św. Bernarda, opuścili kraj w roku 1959, by już doń więcej nie powrócić – wypędzeni, pomarli, nie ujrzawszy ponownie powierzonego sobie ludu.
Jedyną parafią, która może się poszczycić posiadaniem kapłana, jest Yerkalo. Ojca Lu Rendi zastajemy na wyrywaniu sobie zęba. Po kilku minutach, jeszcze z krwią w ustach, wychodzi do nas, aby nas zaprowadzić do odbudowanego dopiero co kościoła.
Ojciec Lu Rengi wyjaśnia nam, że gdy za zgodą rządu przybył do Yerkalo, znalazł tam żyjącą w samotności od trzydziestu lat jedną zakonnicę. Staruszka owa towarzyszy kapłanowi promieniując ku nam bezzębnym, ale jakże pełnym miłości uśmiechem.
Kościół – pełen światła – zdobią wierne kopie kolorowych „świętych obrazków” dostępnych w rzymskich sklepach z dewocjonaliami! Dzwon poświęcony św. Józefowi podarowały francuskie parafie. Ojciec prowadzi nas na cmentarz, na którym spoczywają w pokoju proboszczowie misji, zamęczeni przez lamów. Najwyraźniej buddyjskie odrzucenie przemocy ma jednak jakieś granice…
W zaułku opadającym ku cmentarzowi podziwiamy zielone listowie misjonarskiej winnicy. Po chwili klękamy do modlitwy przy grobie ostatniego z męczenników – zamordowanego w roku 1949 bł. Maurice’a Tornay – męża nieustraszonego i gorliwego w poszukiwaniu świętości, który w wieku dwudziestu jeden lat tak pisał do swej siostry Anny: Trzeba się śpieszyć, w naszym wieku inni już byli świętymi!
Maurice Tornay, wypędzony ze swej misji przez buddyjskich lamów z pobliskiego klasztoru, został przez nich zastrzelony. Wraz z nim zginął wierny do końca chrześcijanin, Doci, przyjąwszy tuż przed śmiercią rozgrzeszenie z rąk konającego misjonarza.
Przemierzając cmentarz w Yerkalo, napotykamy ozdobione czerwonym sercem groby innych proboszczów – męczenników nieuwzględnionych w martyrologiach. Czerwono zachodzi słońce. W skromnie oświetlonych domach wiodący pokorne życie tybetańscy chrześcijanie przygotowują się do wieczornej modlitwy.
Wiara, która nie zamiera
Nazajutrz docieramy do równiny Tsezhong – niewielkiego pasa ziemi o długości trzech kilometrów na brzegu Mekongu – jak ją określił żyjący tam przez ponad trzydzieści lat ojciec Gore. Kraina ta, zamieszkana w większości przez katolików, posiada wspaniały kościół.
Na miejscu oprowadza nas katecheta Alibert. Ołtarz zniszczony przez chińskie wojsko został niedługo potem wymieniony i obecnie kościół jest własnością państwa. W rzeczywistości czynnikiem ożywiającym go jest niewielka wspólnota chrześcijańska, gromadząca się wiernie w każdą niedzielę, aby odmawiać różaniec i prosić o powrót nieobecnych od sześćdziesięciu lat misjonarzy.
Wiadomość o naszym przybyciu rozeszła się błyskawicznie. Nazajutrz rano cała okolica zebrała się w kościele. Przewodnik jednak ostrzegł nas: Nie może się tu odbyć żadna Msza; są tu rządowi szpiedzy. Ksiądz niczym nie ryzykuje, ale oni ryzykują wiele. Rozdaję więc różańce. Kobiety przedstawiają mi wiele intencji mszalnych i wybuchają płaczem, gdy odmawiam przyjęcia niewielkich kwot, które pragną mi ofiarować.
W domu ojców odnaleziono kilka książeczek z pieśniami gregoriańskimi przetłumaczonymi na język tybetański. Niczego w nich nie brakuje: Veni Creator, Magnificat, Dies irae…
Nad bramą kościoła przetrwał napis w języku łacińskim: Venite ad me omnes qui laboratis et onerati estis. Tłumaczenie na język chiński i tybetański zostało starte, ale napis po łacinie wciąż zaprasza: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11, 28).
Potajemna Msza
Minąwszy Tsezhong, wchodzimy w głąb lasu do złudzenia przypominającego szwajcarski krajobraz. Maszerujemy wąziutką ścieżką pośród paproci i gigantycznych grzybów. Idziemy odwiedzić Françoisa, który z przeżytych siedemdziesięciu jeden lat trzydzieści spędził w komunistycznych więzieniach. Kiedyś był klerykiem… Mówi po łacinie, ma przenikliwe spojrzenie i rozbrajający uśmiech. Nie otrzymał jeszcze pozwolenia na powrót do domu, dlatego mieszka w chatce pośród leśnej głuszy.
Niedaleko mieszkają jeszcze dwaj inni wykluczeni: trędowaci. Odprawiam dla nich zabronioną Mszę – ołtarzem jest kosz służący do przechowywania ziarna. Na zawsze zachowam w pamięci tego starego człowieka płaczącego z radości, że oto ponownie może uczestniczyć w liturgii, dla której poświęcił najpiękniejsze lata swego życia. Wieczorem François wyprosił u mnie obietnicę przesłania mu portretu papieża.
Nazajutrz kierujemy się bardziej na południe, wzdłuż Mekongu. W wiosce, w której odprawię Mszę Świętą, przy wejściu do zaułka prowadzącego ku kościołowi już czeka na nas katecheta wraz z delegacją chłopców ubranych w jaskrawe stroje.
Głęboko uderza nas sposób przyjęcia – wszyscy otrzymujemy tradycyjny powitalny prezent khata, czyli rodzaj białego szala z jedwabiu. Słyszę odmawianą modlitwę różańcową. Rozpoznaję w tłumie niektóre twarze, część osób przybyła z daleka, aby uczestniczyć w Eucharystii.
Wchodzę do wypełnionego po brzegi kościoła i klękam przed ołtarzem. Ktoś przynosi mi ciepłą wodę (prawdziwy luksus!) do obmycia rąk. Katecheta w obecności wszystkich zebranych podaje mi srebrny kielich pozostawiony przez misjonarzy i skrzętnie ukrywany, aby nie uległ profanacji.
Wierni uczestniczą w obrzędach z wyjątkowym nabożeństwem. W skupieniu słuchają kazania tłumaczonego na język chiński, a następnie na tybetański. Zastanawiam się, co mówi tybetański tłumacz, bowiem tak długie są jego zdania! Podczas ofiarowania zaczynają się śpiewy. Mężczyźni i kobiety z rękami złożonymi na piersiach przyjmują Komunię Świętą z największą czcią. Jeszcze dziś zadaję sobie pytanie, jak nauczyli się takiej czci dla Eucharystii, skoro we Mszy uczestniczą najwyżej dwa razy w roku…
Na twarzy chłopca towarzyszącego mi podczas rozdawania różańców i szkaplerzy maluje się wiele mówiący uśmiech. Gdy opuszczaliśmy Tsezhong, François powiedział mu: Wiesz, będziesz wspaniałym kapłanem, a ja będę się za ciebie modlił. Staruszek nie pomylił się: dziś wspomniany chłopiec jest w seminarium i modlitwa Françoisa nieustannie mu towarzyszy…
Po Mszy wznosimy toast alkoholem kukurydzianym wśród radosnych tańców i śpiewów, mających podkreślić uroczysty charakter chwili.
Jeszcze długo po opuszczeniu ostatniej tybetańskiej wioski widzę wyrytą w mojej pamięci i w moim sercu twarz młodego człowieka ściskającego mi rękę i obmywającego ją łzami. Jego spojrzenie wyraża pragnienie całego zapomnianego ludu – pragnienie bycia chrześcijaninem…
Ks. Yves Pertin
Tekst ukazał się w nr. 10 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”