Najwierniejsze echo dokumentów Magisterium Kościoła – tymi słowami prefekt Świętej Kongregacji Seminariów i Uniwersytetów (od roku 1988 nazywanej Kongregacją ds. Wychowania Katolickiego) kardynał Giuseppe Pizzardo określił w roku 1964 niewielką książeczkę autorstwa profesora Plinia Corrêi de Oliveira zatytułowaną Wolność Kościoła w państwie komunistycznym. Publicznego poparcia owej pracy udzielili również kardynałowie Eugenio Tisserant i Alfredo Ottaviani (ówczesny sekretarz Świętego Oficjum, przemianowanego później na Kongregację Doktryny Wiary). Jednocześnie książka brazylijskiego myśliciela stała się obiektem szczególnej agresji ze strony katolików aktywnie współpracujących z komunizmem. Dlaczego dzieło profesora Corrêi de Oliveira wywołało tyle zamieszania, budząc równie wiele zachwytu co nienawiści?
Profesor Corrêa de Oliveira w swoich rozważaniach na temat relacji Kościoła katolickiego i komunizmu wychodzi od przypomnienia fundamentalnej prawdy, iż stosunek komunistów do katolicyzmu (a także innych religii) był zawsze jawnie wrogi i opierał się na dążeniu do wyeliminowania wiary z życia społecznego. Katolicy w reakcji na taki stan rzeczy nieodmiennie radykalizowali swe postawy, co oznaczało walkę na śmierć i życie. W pewnym momencie jednak w niektórych krajach komuniści zmienili taktykę na bardziej dla Kościoła tolerancyjną. Postawiło to katolików przed decyzją, czy przyjąć postawę bardziej otwartą wobec komunizmu, czy też dalej pozostać w nieprzejednanej doń opozycji.
Wesprzyj nas już teraz!
Na czym miała polegać owa większa tolerancja katolików wobec komunizmu? W teorii, w kraju rządzonym przez reżim komunistyczny polegałaby na nieodrzucaniu materializmu i innych błędów filozofii marksistowskiej oraz na przemilczaniu nauki Kościoła na temat własności prywatnej i rodziny, a w konsekwencji – na akceptacji faktu, że ideał rodziny i własności prywatnej nie jest możliwy do realizacji w określonych warunkach danego kraju. Innymi słowy, wzajemna tolerancja katolików i komunistów sprowadzałaby się do zamknięcia ust przez Kościół na temat części swej doktryny, po to, by mógł on przekazywać wiernym pozostałą jej część oraz sprawować sakramenty. Czy taki układ jest możliwy, czy też należałoby go nazwać zdradą?
Wolność prawdy szczątkowej
Odpowiedź na tę kwestię, profesor Corrêa de Oliveira rozpoczyna od przypomnienia słów Piusa XII zawartych w papieskim przesłaniu na Boże Narodzenie roku 1947, w którym Ojciec Święty stwierdza, że Kościół nie może zaniechać wskazywania dróg błędnych i demaskowania kłamstw. W tym samych duchu wypowiadał się Pius XI w encyklice Mit Brennender Sorge, nauczając, że księża powinni służyć prawdzie, tylko prawdzie oraz demaskować i odrzucać fałsz, obojętnie jakie przybierałby formy i pod jakimi maskami lub przebraniami się ukrywał. Ludzie za normę zwykli uważać kulturę i porządek społeczny, w jakich się urodzili lub w jakich przebiega ich życie, więc jeśli Kościół nie będzie wskazywał wiernym zła, jakie niesie ze sobą system komunistyczny, zaakceptują go w końcu jako obowiązującą normę życiową i ulegną trwałej deformacji. Z tej to przyczyny zaprzestanie nauczania choćby części prawdy pozostaje w niezgodzie z misją Kościoła.
Dalej autor stawia hipotetyczne pytanie: a gdyby komuniści pozwolili Kościołowi nauczać wszystkich elementów doktryny katolickiej, z wyłączeniem jedynie nauczania o własności prywatnej? Czyż nie byłby to dobry układ? W końcu Kościół nie jest instytucją o charakterze ekonomicznym, zatem i bez wiedzy dotyczącej kwestii własności prywatnej dałoby się kształtować dusze wiernych w duchu Bożej miłości…
Autor natychmiast jednak zdecydowanie odrzuca tę hipotezę, gdyż nie można – jego zdaniem – głosić Bożej miłości, nie nauczając całej doktryny, także w kwestiach związanych z ekonomicznym aspektem życia społecznego. Obowiązują nas wszak w tym zakresie dwa przykazania Boże: Nie kradnij! oraz Nie pożądaj żadnej rzeczy bliźniego! Jednakże nie będąc w stanie odróżnić rzeczy własnej od cudzej, skąd będziemy wiedzieli, jakiej rzeczy nie wolno nam pożądać? Jeśli tak podstawowa dla chrześcijanina cnota nie będzie dla nas oczywista, nie będziemy w stanie osiągnąć prawdziwego wyobrażenia Boga, a wyobrażenie w powyższy sposób zdeformowane żadną miarą nie doprowadzi nas do świętości.
Ponadto, doświadczenie uczy, że w społeczeństwie pozbawionym własności prywatnej zanika zainteresowanie pracą, a lenistwo i niedbalstwo stają się normą, co prowadzi do nieuchronnej degeneracji woli. Jeśli nie posługujemy się wolą, jeśli najmniejszy wysiłek nie budzi naszego zainteresowania, jeśli nie mamy poczucia sprawiedliwości lub nie wiemy, na czym polega jej poszukiwanie – w jaki sposób zdołamy się uświęcić? Kiedy zaś Kościołowi nie zależy na uświęceniu swoich wiernych, na cóż mu się może przydać pakt z komunistami?
Tolerować nie znaczy akceptować
W dalszej kolejności Corrêa de Oliveira dowodzi, że czym innym jest tolerowanie zła, a czym innym jego akceptacja. Tolerancja dla zła możliwa jest tylko w wypadku działania siły wyższej, za to nigdy nie wolno zła zaakceptować, uznać go za normę i przestać z nim walczyć. Kościół ma obowiązek budzenia w wiernych mocnej intencji eliminowania zła. Taki stan rzeczy różni się diametralnie od pokojowego współistnienia, którego życzyli sobie komuniści.
Autor rozprawia się także z modnymi ówcześnie postulatami, iż Kościół powinien paktować z ideologią komunistyczną, po to by, na przykład, zwalczać biedę na świecie. Kontrargumentuje, że to właśnie walka z komunizmem stanowi pewny sposób zapobieżenia rozprzestrzenianiu się biedy na świecie.
Dla Kościoła nie ma znaczenia – dodaje Plinio Corrêa de Oliveira – czy wyznawana przez państwo ideologia jest całkowicie czy tylko w części kolektywistyczna. Żaden układ nie jest możliwy, gdyż czasem najbardziej niebezpiecznymi i zgubnymi błędami okazują się te, które wcale się takimi z gruntu złymi nie wydają. Autor książki dowodzi, że już w tamtym okresie (przypomnijmy: początek lat sześćdziesiątych XX wieku) wyraźnie widać było, że na paktach z komunistami dobrze wychodzili jedynie komuniści, katolicy natomiast zwykle ponosili straty, takie jak zanik lub osłabienie wiary bądź akceptacja laickiej wizji życia. W konkluzji autor stara się uzmysłowić czytelnikowi, że prawdziwą tragedią dla Kościoła nie jest cierpienie prześladowań, ale grzech niewierności powierzonej sobie misji. A to może budzić gniew Boży.
Polskie echa
Książka profesora Corrêi de Oliveira opublikowana w ośmiu językach (między innymi po polsku, węgiersku i wietnamsku) doczekała się 38 edycji o łącznym nakładzie 171 tysięcy egzemplarzy, nie licząc publikacji w trzydziestu dziewięciu dziennikach i czasopismach w trzynastu krajach. Ponieważ po raz pierwszy ukazała się ona w Rzymie, podczas obrad Soboru Watykańskiego II, od pierwszej chwili wzbudziła liczne polemiki.
W Polsce, w zaledwie trzy miesiące po jej rzymskim wydaniu, zwolennicy współpracy z komunistami podjęli spór z tezami brazylijskiego profesora, stanowczo je odrzucając. Jako pierwszy książkę skrytykował Tadeusz Mazowiecki, ówczesny redaktor naczelny „Więzi” i poseł na sejm z ramienia katolickiego koła poselskiego Znak. Kolejnym adwersarzem okazał się Zbigniew Czajkowski, który z pierwszych stron czasopism „Kierunki” oraz „Życie i myśl” dwukrotnie atakował pracę Corrêi de Oliveira, ten zaś odpierał ataki na łamach czasopisma „Catolicismo” w czerwcu 1964 i lutym 1965 roku. Później zwolennicy współpracy z komunistami nie podejmowali już więcej dyskusji na temat książki.
Polemika ta miała jednak nieoczekiwane a interesujące konsekwencje. W jednym z artykułów Zbigniew Czajkowski wyliczał zalety płynące – jego zdaniem – z prostego faktu dialogowania na zadany temat; zalety, jakie rodzą się z samej dyskusji, a nie z konieczności osiągnięcia zgody. Stwierdzenie to pozwoliło Corrêi de Oliveira unaocznić czytelnikom, dlaczego komunizm tak bardzo nalegał na podtrzymanie dialogu z przeciwnikami. Za pomocą bowiem niezwykle wyrafinowanej wojny psychologicznej pragnął pozbawić ich pragnienia zdecydowanej walki, oswajając ich z ideologią marksistowską. Na tej fali w roku 1966 Corrêa de Oliveira opublikował kolejną książkę Niedostrzegalna przemiana ideologiczna a dialog, która ukazała się w 13 wydaniach, w czterech językach, w łącznym nakładzie 132.500 egzemplarzy, nie licząc publikacji w czasopismach.
Słowa-talizmany
Na kartach tej pracy Corrêa de Oliveira wskazuje, że ideologia komunistyczna już w tamtym okresie zaczęła tracić na atrakcyjności, zwłaszcza z powodu fatalnych wyników gospodarczych krajów komunistycznych. W trwającej ówcześnie wojnie ideologicznej potęga nuklearna Związku Radzieckiego nie miała wielkiego znaczenia, bowiem na potencjalnych ruinach kapitalizmu nie udałoby się zbudować socjalizmu. Rozwiązaniem dla ideologów komunistycznych stała się taktyka strachu i sympatii, złączonych symbiotycznie i używanych do zjednywania osób o mniej wrogim nastawieniu. Celowi temu służyć miał „dialog” z użyciem specjalnych słów-zaklęć, określanych przez autora jako słowa-talizmany (na przykład „pokój”, „tolerancja”, „koegzystencja” itp.), których prawdziwe znaczenie wypaczano, nadając im nowe znaczenie, naładowane emocjami i powtarzane do upadłego, aby – wykorzystując akceptację pozytywnych znaczeń owych słów – zaszczepić ludziom nowe ich znaczenia, podszyte ukrytymi treściami ideologicznymi.
Pragnąc jak najlepiej unaocznić czytelnikom powyższy proces, autor opisuje metamorfozę, jakiej doświadczyło samo słowo „dialog”. Z definicji oznacza ono każdą rozmowę, której uczestnicy wymieniając poglądy na tematy istotne bądź bez znaczenia mogą się ze sobą zgadzać lub nie. Mechanizm wojny psychologicznej, wykorzystującej mechanizm niedostrzegalnej przemiany ideologicznej, sprawia jednak, że dialog zaczyna oznaczać coś zupełnie przeciwnego niż polemika. Dialogować znaczy wejść w rodzaj psychologicznego układu przyjaźni i zrozumienia, zanim jeszcze osiągnie się zgodność w jakimkolwiek konkretnym aspekcie zagadnienia. Partner dialogu staje się zatem osobą potencjalnie przygotowaną na układ – kimś, kto nie jest „zamknięty”, nie pozostaje „nieruchomy”, lecz „otwiera się” na to, co druga strona chce powiedzieć. Staje się zatem relatywistą, którego punkt widzenia z założenia jest elastyczny i w żadnym razie nie dogmatyczny.
Inne współczesne słowo-talizman to „tolerancja”. Jak wiadomo, toleruje się tylko to, co jest złe. Nikt nie toleruje tego, co dobre, bo dobro jest akceptowane i samo się broni. Zło zaś tolerujemy, bo nie potrafimy się go pozbyć. Oto na przykład pijaków tolerujemy nie dlatego, że się zgadzamy na ich pijaństwo, ale dlatego, że nie umiemy sprawić, żeby nie pili. Tymczasem słowo „tolerancja” powoli zaczęło zmieniać swoje pierwotne znaczenie. Najpierw zaczęło oznaczać akceptację zła, później – naładowane emocjami (dzisiaj bycie nietolerancyjnym oznacza bycie niebezpiecznym) i powtarzane nieskończoną ilość razy w gazetach i w telewizji, stało się synonimem postawy obojętnej na zło i fałsz; postawy zdolnej zaakceptować każdą aberrację; postawy pozbawionej skonkretyzowanej moralności. Pod wpływem tego procesu człowiek z początku pojmujący tolerancję jako współistnienie ze złem, któremu nie daje się zaradzić, wkrótce zaczyna rozumieć ją jako akceptację zła i niezbywalne prawo każdego do bezkrytycznego wyrażania i obrony wszelkiego możliwego nonsensu. Taki zaś człowiek to już relatywista.
Konkretne wskazówki, trafne przewidywania
Niedostrzegalna przemiana ideologiczna a dialog ukazuje sposób niwelowania powyższego procesu wojny psychologicznej, poprzez ujawnianie prawdy, którą inni chcieliby skrupulatnie ukryć, zmieniając znaczenie słów. Należy zatem głosić, że spór czy polemika same w sobie nie są niczym złym, i że z powodu różnicy poglądów ludzie nie muszą zaraz zacząć się wzajemnie zabijać. Z drugiej strony, poprzez samą rozmowę nie rozwiążą wszystkich problemów, podobnie jak ustępstwa wobec zła nie przyczynią się do poprawy jego zwolenników. Podobnie, należy przypominać, że wypaczona „tolerancja”, czyli obojętne przyglądanie się, jak ludzie błądzą, czyniąc zło, jest z gruntu sprzeczne z miłosierdziem.
Plinio Corrêa de Oliveira kończy swoją (napisaną niemal pół wieku temu!) książkę przewidywaniem, iż komuniści w dążeniu do zmiany mentalności posłużą się taktyką niedostrzegalnej przemiany ideologicznej oraz słowami-talizmanami, takimi jak „pokój”, „ekumenizm”, „współżycie”, każdy zaś, kto nie podda się temu fortelowi, zostanie napiętnowany jako wróg powszechnego dyktatu relatywizmu. Dzisiaj obserwujemy to na co dzień.
Ciekawe, że towarzysz Zbigniew Czajkowski, który powstanie tej książki zainspirował, zapoznawszy się z nią, nie okazał wcale tolerancji, skłonności do dialogu czy otwarcia na cudze poglądy. W roku 1967 na łamach tygodnika „Kierunki” opublikował on artykuł próbujący podważyć tezy profesora Corrêi de Oliveira, w którym dla ułatwienia sobie pracy posunął się do przeinaczenia całych fragmentów omawianego studium. Oto smutna praktyka usprawiedliwiania i obrony relatywizmu.
Myśl wciąż aktualna
Dziś, po prawie pięciu dekadach, tezy prezentowane przez profesora Plinia Corrêę de Oliveira okazują się bardziej aktualne niż kiedykolwiek. Relatywiści dążą do sytuacji, w której nikt nie będzie miał prawa bronić istnienia jednej, niezmiennej Prawdy. Ich stosunek do prawdy i wolności trafnie określił papież Benedykt XVI podczas spotkania z biskupami amerykańskimi 16 kwietnia 2008 roku. Ojciec Święty powiedział wtedy, iż dyktatura relatywizmu tak naprawdę nie jest niczym innym jak zagrożeniem wolności, ta ostatnia bowiem wzrasta tylko w szczodrobliwości i wierności prawdzie.
Nietrudno zatem zrozumieć nienawiść komunistów i katolickich relatywistów wobec dwóch omówionych tutaj prac. Od momentu publikacji aż do dzisiaj z jednakową przenikliwością demaskują ich perwersyjne plany i zamierzenia.
Polski przekład jednej z omawianych książek – Wolność Kościoła w państwie komunistycznym – dostępny jest na stronie: http://www.piotrskarga.pl/wolnosc-kosciola-w-panstwie-komunistycznym,173,i.html
Valdis Grinsteins
Tekst ukazał się w numerze 9. dwumiesięcznika „Polonia Christiana”.