13 marca 2012

Kacet i gułag – zbrodnicze bliźnięta

(fot:chrisqr/svc.hu)

Z Edvinsem Snore, łotewskim reżyserem filmu The Soviet Story, rozmawia Paweł Toboła‑Pertkiewicz.


Jaka jest historia Pańskiego filmu? Skąd wziął się sam pomysł i jak długa była droga do jego realizacji?

Wesprzyj nas już teraz!

– Kiedy zrodził się w mojej głowie pomysł na pokazanie wycinka historii XX wieku, udałem się w pierwszej kolejności do łotewskich deputowanych w Parlamencie Europejskim. Było to na początku 2005 roku. Powiedziałem im, że mam pomysł na film, który ukazywałby zbrodniczość systemu sowieckiego i pokazałby nieznane szerszej publiczności prawdziwe oblicze komunizmu. Ku mojemu zaskoczeniu, pomysł przypadł do gustu moim rozmówcom. Pomogli mi zdobyć fundusze i gdy film był gotowy, zorganizowali jego premierę w siedzibie parlamentu.

 

Czy posłowie starali się wpływać na jego kształt? Czy, na przykład, radzili Panu, że lepiej byłoby coś wyciąć albo czegoś innego wcale nie pokazywać, czy też miał Pan przy powstawaniu filmu w pełni wolną rękę?

– Muszę powiedzieć, że nie spodziewałem się podczas dwóch lat pracy nad filmem, iż będę miał aż tyle swobody i że jego kształt będzie zależał wyłącznie ode mnie. Nie było takiej sytuacji, aby którykolwiek z parlamentarzystów powiedział: ponieważ my dajemy pieniądze na ten film, to ma on być taki, jak my chcemy. To była dla mnie miła niespodzianka. Efekt im się spodobał. Jedyne uwagi, jakie poczynili, dotyczyły długości filmu, nie odnosiły się zaś do głównego przesłania ani poszczególnych scen.

 

Co było dalej?

– Jak już wspomniałem, premiera miała miejsce w siedzibie Parlamentu Europejskiego w kwietniu 2008 roku. Wydarzenie to spotkało się z dużym zainteresowaniem, szczególnie ze strony rosyjskiej. Na premierze pojawiły się dwie rosyjskie stacje telewizyjne. Zaraz potem zaczęła się kampania, na którą – przyznam szczerze – nie byłem przygotowany ani się jej nie spodziewałem.

 

Czyżby zainteresowanie wynikało z niepoprawnego politycznie przesłania filmu?

– Zależy, co uważamy za politycznie niepoprawne. Przez sześćdziesiąt lat, na przykład, politycznie poprawne było mówienie o Katyniu jako o zbrodni niemieckiej; politycznie poprawne było mówienie o wyzwoleniu Łotwy przez Armię Czerwoną. Na Zachodzie oprócz politycznej poprawności mamy również coś, co nazwałbym realpolitik. Czyli pewnych tematów lepiej nie poruszać w kontaktach międzypaństwowych, bo przecież od tego zależą układy handlowe, dostawy gazu i tym podobne sprawy. Niestety, historia jest przez te zasady pokrzywdzona. Podobnie stało się z The Soviet Story. Konformizm i bieżąca polityka często kładą prawdę historyczną na szafocie.

 

Dlaczego Pański film spotkał się z tak dużym oddźwiękiem? Filmów historycznych produkuje się przecież co roku tysiące…

– Wydaje mi się, że The Soviet Story zainteresował kolejne kraje dlatego, że było to coś zupełnie nieznanego wcześniej, szczególnie na Zachodzie. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej doświadczyły zbrodni sowieckich na własnej skórze, dla nich więc ten film nie jest aż takim novum. Na Zachodzie Europy czy w Stanach Zjednoczonych ludzie nie mają jednak takiej wiedzy – ich wiedza historyczna nie pozwala na wyobrażenie sobie, że równolegle ze zbrodniczą III Rzeszą istniało państwo, które można do niej porównać, ba, które swoimi zbrodniami przewyższyło Niemcy. Taka informacja, takie przesłanie jest dla wielu bardzo bolesne, wręcz obrazoburcze.

 

Komunizm upadł dwadzieścia lat temu. Czemu w ciągu tych dwóch dekad nie powstał podobny film podsumowujący upadły system?

– Owszem, nic podobnego przez dwadzieścia lat się nie stało. Wydaje mi się, że wynika to głównie ze strachu przed Rosją i jej reakcją na podobny film. Tak, to wprost niewyobrażalne, ale takie są fakty. Prawdą jest również to, że czasami osoby próbujące mówić głośno na temat zbrodni Sowietów znajdują się w niebezpieczeństwie. Wielu zna prawdę, a mimo to boi się głośno o tym mówić. Ludzie wolą milczeć, aby uniknąć kłopotów.

 

Pana również spotkały niemiłe konsekwencje w związku z produkcją filmu…

– Miesiąc po premierze w Strasburgu, w Moskwie odbyła się demonstracja pod przewodnictwem aktywistów największej rosyjskiej partii „Inna Rosja”, podczas której spalono kukłę z moją podobizną. Był to jasny przekaz skierowany do mnie: „Bój się! Bój się tego, co zrobiłeś!”

 

Jednak mimo presji, o której Pan mówi, w ciągu dwudziestu lat opublikowano wiele znakomicie udokumentowanych książek naukowych, w których podaje się fakty na temat sowieckiego reżimu. I nikt nie protestuje. Czy takie zachowanie w przypadku obrazu filmowego wynika z większej siły oddziaływania kina niż książek?

– Należy wziąć pod uwagę czasy, w których żyjemy. To epoka internetu, iphone’ów, ipodów. Chcąc przekazać jakąś prawdę czy ideę, chcąc zainteresować ludzi – zwłaszcza młodzież – jakimś zagadnieniem, trzeba w swoim przekazie maksymalnie wykorzystywać nowe technologie. Filmy są taką właśnie nowoczesną formą przekazu. Nie myślę tu tylko o filmach dokumentalnych, ale także o filmach fabularnych. Taka forma jest bardziej „namacalna”. Sceny z filmów pozostają często w pamięci na długo.

Pewien mój kolega z Rygi napisał mi maila, że właśnie obejrzał w łotewskiej telewizji film Katyń i jest pod ogromnym wrażeniem końcowych scen filmu. Napisał, że w nocy wciąż rozmyślał na temat tego, co zobaczył na ekranie. Oto siła nowoczesnych mediów! Problem tylko w tym, że podobnych filmów tworzy się bardzo niewiele. Mamy całkiem sporo filmów dotyczących Holokaustu, widzowie utożsamiają się i sympatyzują z ofiarami zbrodni nazistowskich. Zbrodnie komunistyczne natomiast są znane jedynie badaczom, dlatego, że opisane zostały jedynie w naukowych monografiach, dla przeciętnego człowieka trudno dostępnych i ciężkostrawnych.

 

Wiele scen w Pańskim filmie po raz pierwszy ujrzało światło dzienne. Czy trudno było dotrzeć do tych materiałów, jak to wyglądało?

– Większość z klatek, które pokazaliśmy w naszym filmie, zostało pozyskanych z archiwów zachodnich, głównie brytyjskich. Było dla mnie wprost nie do pojęcia, że wszystkie te materiały są dosłownie na wyciągnięcie dłoni. Wystarczy wejść, poprosić o nie i można je publikować. Mimo to przez sześćdziesiąt lat nie znalazł się nikt, kto byłby zainteresowany pokazaniem ich szerszej opinii publicznej. Wracamy tu jednak do Pańskiego pytania o polityczną poprawność. Jak bowiem wytłumaczyć ludziom, że w pierwszej scenie naziści z komunistami ściskają sobie dłonie, skoro komuniści byli przecież sojusznikami świata zachodniego w walce z Hitlerem? Jak wytłumaczyć wymordowanie ponad dwudziestu tysięcy sojuszniczych żołnierzy w roku 1940? To właśnie z tych powodów – jak mi się wydaje – nikt nie był specjalnie zainteresowany publikowaniem tych nieprzystających do bieżącej polityki zdjęć.

 

Czy ma Pan już plany na kolejne filmy? Co, Pańskim zdaniem, należałoby odkłamać w pierwszej kolejności?

– Myślę, że tematem godnym filmu powinno być samo powstanie Związku Sowieckiego. Ponadto, ukazanie zbrodni sowieckich na poszczególnych narodach, jak również zaprezentowanie zbrodni popełnionych na samych Rosjanach. W latach trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku zginęły miliony Rosjan. Należałoby pokazać dlaczego i z czyjej winy.

Co więcej, dopóki żyją jeszcze ofiary komunizmu, powinniśmy spróbować zadośćuczynić im. Mam tu na myśli nierówne traktowanie nazizmu i komunizmu na polu moralnym. Najlepszym tego przykładem jest Łotwa, aczkolwiek myślę, że i w Polsce bez trudu odnaleźlibyśmy podobne sytuacje. Łotwa doświadczyła dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej. Ofiary zarówno jednego, jak i drugiego systemu wciąż jeszcze żyją. I co? Ofiary systemu hitlerowskiego, więźniowie obozów koncentracyjnych otrzymali od rządu niemieckiego zadośćuczynienie chociażby w formie odszkodowań finansowych, dzięki czemu starszych ludzi stać, na przykład, na lekarstwa. Obok nich, często w tych samych kamienicach, żyją ofiary zbrodni komunistycznych, więźniowie gułagów. Oni nie otrzymali żadnej rekompensaty; nie usłyszeli nawet słowa „przepraszamy”. To bardzo niesprawiedliwe.

 

Nad czym pracuje Pan obecnie?

– Przygotowuję pracę doktorską. Jestem studentem drugiego roku studiów doktoranckich i właśnie prowadzę kwerendę dokumentów na temat wielkiego głodu na Ukrainie w latach trzydziestych ubiegłego wieku, szczególnie zaś reakcji Zachodu na tę sytuację.

 

Czy to dobry temat na kolejny film?

– Z pewnością, tym bardziej, że mimo względnie sporego zainteresowania tematem, opinia publiczna nie zna jeszcze wielu faktów. Na przykład w Szwecji 95 procent młodych ludzi wie, czym był Holokaust i kto był za niego odpowiedzialny. Za to również 95 procent młodych Szwedów nie ma pojęcia, czym był Wielki Głód i kto go spowodował. Ponad połowa Szwedów nie wie co to gułag! Takie proporcje wiedzy są przerażające. Na szczęście od pewnego czasu zmiany następują w dobrym kierunku.

 

Jak wielu ludzi do tej pory obejrzało The Soviet Story?

– Dokładnej wiedzy nie posiadam. Wiem, że film był wyświetlany w co najmniej piętnastu krajach, nie tylko w Europie, ale również poza nią. Film został zakupiony, na przykład, przez publiczną telewizję PBS w Stanach Zjednoczonych, ponadto konserwatywna Fox TV przygotowała na podstawie filmu spory materiał, z moimi wypowiedziami. Bodaj osiem sieci kablowych w Azji i Australii również nabyło prawa do filmu. W Polsce film został kupiony przez telewizję publiczną ponad rok temu, ale z tego co wiem, do tej pory nie odbyła się jego emisja.

 

Dziękuję za rozmowę.


Wywiad ukazał się nr. 15 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”.

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie