Z księdzem Stanisławem Małkowskim rozmawia Bogusław Bajor
Na czym, zdaniem Księdza polegało największe zło systemu komunistycznego?
Wesprzyj nas już teraz!
– Na tym, że filarami tego systemu były dwa błędy – teologiczny i antropologiczny. Mam na myśli brak szacunku – a nawet nienawiść – do Boga i Jego przykazań, co w naturalnej konsekwencji niesie za sobą brak szacunku dla człowieka. To nie przypadek, że ogromna degradacja człowieka miała miejsce w systemach i państwach, których władze oficjalnie negowały istnienie Boga. Człowiek oderwany od Boga jest wyjątkowo podatny na manipulację i łatwo może stać się niewolnikiem.
Chcąc usankcjonować te błędy, władze komunistyczne musiały się posługiwać kłamstwem…
– Kiedyś w czasie egzorcyzmu, w którym uczestniczyłem, diabeł ustami opętanej dziewczyny, powiedział: – Jestem bogiem kłamstwa i prawdy. Podobnie komuniści i służący temu systemowi funkcjonariusze SB uważali siebie za „bogów kłamstwa i prawdy”. Pod wpływem złego ducha stawiali siebie ponad lub poza kłamstwem i prawdą. Prowadzili swoje gry operacyjne w złym celu niszczenia Dobra. Manipulowali kłamstwem i prawdą – przeciwko Prawdzie.
A jednak nieraz słyszałem opinię, że kompromis z komunizmem był niezbędny, bo inaczej Kościół w Polsce by upadł. Czy zgadza się Ksiądz z takim podejściem?
– Wydaje mi się, że prowadzona przez prymasa Stefana Wyszyńskiego polityka pewnych ustępstw i porozumień – których zresztą komuniści nie dotrzymywali – żeby ratować to, co było do uratowania, była jakąś forma kompromisu, ale nie uległości.
Z jednej strony Prymas Tysiąclecia był niezłomny co do doktryny i idei, ale z drugiej – dążył do porozumień, które pozwoliłyby Kościołowi złapać oddech po wyniszczającej II wojnie światowej i w nowej jakże nieprzychylnej mu rzeczywistości. Prymasowi naprawdę chodziło o dobro Kościoła, Polski, narodu i rodzin polskich. Oczywiście, można dyskutować na temat celowości rozmów z komunistami, ale musimy pamiętać, że kardynał Stefan Wyszyński czuł się naprawdę odpowiedzialny za cały powierzony mu lud.
Zatem na jakiej płaszczyźnie koegzystencja Kościoła z komunizmem jest możliwa, przy świadomości, iż komunizm jest złem?
– Posłużę się analogią: na takiej, na jakiej konieczne są rozmowy z dyrekcją zakładu karnego po to, by mieć możliwość dotarcia do więźniów. Mogę pójść na pewne ustępstwa wobec regulaminu więziennego czy postawy dyrekcji i funkcjonariuszy, choćby to było dla mnie przykre, jeśli chcę tam w ogóle wejść i z więźniami prowadzić jakąś pracę. Jeśli totalitaryzm jest systemem więziennym, a do tych więźniów chce się dotrzeć, trzeba – chcąc nie chcąc – jakieś relacje z funkcjonariuszami nawiązać.
Analogia jest oczywiście niepełna, ponieważ system komunistyczny sprawia, iż ludzie są prześladowani za dobro, a nie za zło, jakiego się dopuścili. W taki sposób można moim zdaniem patrzeć na sprawę koegzystencji Kościoła z komunizmem. Ja siebie jednak w takiej roli także nie widziałem, bo uważałem, że to jest sprawa moich przełożonych, a nie takich szeregowych księży jak ja.
Ale byli tacy „szeregowi księża”, którzy się w tej roli widzieli. Z jakich powodów?
– Można podać kilka powodów. Posłużę się zresztą wnikliwą analizą ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. A więc przede wszystkim „worek, korek i rozporek” – według terminologii generała Kiszczaka. Przekłada się to następująco: worek – to szantaż wobec księdza, który miał kłopoty finansowe albo wdał się w jakieś niejasne zależności finansowe; korek – szantaż względem kapłana mającego problemy z alkoholem. A już nie daj Boże, jakby pod wpływem alkoholu taki ksiądz popełnił jakieś wykroczenie. Rozporek – to znaczy, że kapłan był szantażowany w związku z jakimiś słabościami seksualnymi. A ponadto mieliśmy takie przypadki, jak np. ks. Mieczysław Maliński, który chciał „ewangelizować esbeków”, a że przy okazji narzekał na prymasa Wyszyńskiego…
Następnie kwestia przyjaźni. Esbecy potrafili odgrywać „przyjaciół”. Przynosili kwiaty, butelkę koniaku, gdy jakiś ksiądz czuł się samotny, rozmawiali. Niektórym to imponowało, że przyjeżdżał z Warszawy funkcjonariusz. To z kolei próżność.
Była też postawa „coś za coś” – ja wam powiem, ale w zamian za pomoc w budowie czy remoncie kościoła.
Niektórzy księża traktowali esbeków jak informatorów. Nie weryfikowali przy tym, czy ci mówili prawdę czy nie. Ale dowiadywali się różnych rzeczy o innych kapłanach. Jeden z księży chwalił się, że dużo wie o innych braciach w kapłaństwie, bo mu coś powiedział funkcjonariusz SB. Nieraz wchodziła też w grę zła wola lub sprzeciw wobec przełożonych, „zwykła” ludzka zazdrość.
Ksiądz się nie ugiął. Jak wielkim błędem była uległość względem komunizmu?
– Uległość względem zła jest zawsze złem. Jednak uważałem i uważam nadal, że zwykli księża, tacy jak ja, mogą sobie pozwolić na więcej niż np. biskupi, którzy muszą się liczyć ze słowami. Ta ostrożność jest konieczna. Ostrożność, ale nie uległość wobec bezbożnego systemu. Czasami niektórzy księża byli przekonani, że ich ewentualny awans za współpracę pomnoży dobro, a więc trzeba współpracować. Błąd polega na tym, że złe drzewo nie może urodzić dobrych owoców.
Owoce współpracy „zwykłych księży” z komunistami są gorzkie…
– Tak. Przede wszystkim służenie czy też paktowanie ze złem na dobre wyjść nie może. A ponadto nie pozostało to bez konsekwencji, których skutki odczuwamy do dziś. Mam na myśli wchodzenie w pewne niejasne układy, które może dają jakieś chwilowe korzyści i przywileje, ale w szerszej perspektywie są szkodliwe dla Kościoła i Polski.
Wielu kapłanów nie ma poczucia winy z powodu współpracy z funkcjonariuszami tamtego systemu. I to jest przerażające. Dochodzą do tego jeszcze dawne zależności partyjno-towarzyskie, które wymuszają pewne zachowania. Na przykład w pewnych ważnych momentach tacy uwikłani we współpracę kapłani zabierają publicznie głos jako autorytety – na przykład na temat tzw. integracji europejskiej. Jeden z ważnych hierarchów pozwolił sobie nie tak dawno na takie skandaliczne słowa: „Jak Maryja powiedziała »tak« aniołowi podczas zwiastowania, to Polska powinna powiedzieć »tak« Unii Europejskiej”… Trudno to skomentować… Ale dawna współpraca odbija się czkawką do dziś w postawach względem wielu spraw – lustracji, sympatii politycznych, wizji Kościoła et caetera.
Jaka była sytuacja kapłana-antykomunisty w PRL-u? Na jakie szykany i upokorzenia byli tacy księża narażeni?
– W PRL-u księża niezłomni nieraz płacili cenę życia, jak np. ks. Roman Kotlarz czy ks. Jerzy Popiełuszko i wielu innych. Ale wachlarz szykan czy nękań był szeroki. Esbecy podrzucali kompromitujące materiały, broń, rozpuszczali plotki na temat życia seksualnego kapłanów albo jakichś dziwnych uwikłań, także finansowych.
Ja na przykład czułem, że jestem inwigilowany. Mniej więcej od drugiej połowy lat siedemdziesiątych wzywano mnie na komendę, ale wizyty te nie były znowu takie częste. Zdarzały się prowokacje. Komuniści szukali pretekstów. Czasami włamywali się do mieszkania, przewracali dom do góry nogami, ale w sumie nie było to aż tak przykre i uciążliwe, jak w przypadku ks. Jerzego.
Czy zdarzało się, że funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa udawali „rozsądnych”, pełnych rezerwy względem rzeczywistości PRL-u?
– Tak. Ale to jeszcze nie był powód, by z nimi rozmawiać. Ja miałem taką zasadę – żadnych rozmów. Uważałem, że ich postawa na zasadzie: „rozsądny esbek”, to gra. Kiedyś jeden z nich zadał mi pytanie: – Ksiądz zadaje się z tymi KOR-owcami, opozycjonistami. Czy ksiądz myśli, że jeżeli Michnik i Kuroń dojdą do władzy, to w Polsce będzie lepiej? Otóż, nie będzie lepiej. Jak się okazało – miał rację, ale nie chciałem z nim rozmawiać ani na ten, ani na inne tematy. Kiedyś funkcjonariusz przyniósł na przesłuchanie numer podziemnego pisma „Spotkania” z moim artykułem i stwierdził, że chciałby na temat tego tekstu podyskutować. Ja mu doradziłem, by w tym piśmie opublikował pod swoim nazwiskiem polemikę, to się z chęcią do niej ustosunkuję. Inny zaproponował mi przyjaźń. Odpowiedziałem mu, że moją przyjaźń w sensie duchowym już ma, a do tego nie są potrzebne kontakty telefoniczne czy spotkania. Pewnego dnia w moim domu było przeszukanie. Poprosili mnie, bym podpisał jakiś protokół. Jednak zgodnie ze swoją zasadą – nic nie podpisałem.
Być może właśnie dlatego Ksiądz był „przeznaczony do likwidacji”, wyprzedzając na tej liście, sporządzonej przez funkcjonariuszy SB, nawet ks. Jerzego Popiełuszkę…
– Nie wiem, być może tak było z powodu twardego języka, jakim się posługiwałem względem komunizmu. Ostatecznie jednak Grzegorz Piotrowski przewidywał, że w momencie zabicia mnie bardzo wzmocni się ochrona osobista ks. Jerzego i będą wielkie problemy. Chyba dlatego na tej liście zmieniono kolejność, co w konsekwencji ocaliło mi życie.
Ksiądz Stanisław Małkowski był i jest postrzegany jako twardy i niezłomny antykomunista. Do której części opozycji było Księdzu najbliżej?
– Miałem przyjaciół po obu stronach opozycji – w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz w Komitecie Obrony Robotników. Niechęć do komunizmu była silna w obu grupach, przy czym to przede wszystkim w tym pierwszym środowisku kładło się nacisk na patriotyzm, szacunek dla tradycji, troskę o naród. I oni na pewno byli mi bliżsi. Z kolei „Solidarność” postrzegałem jako ruch obrony narodu, życia, jako ruch społeczny. Toteż byłem zawiedziony, gdy sprawa obrony życia ludzkiego od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci wzbudzała w tym środowisku zdziwienie, a nawet irytację. Gdy cytowałem słowa Ojca Świętego Jana Pawła II na ten temat, nie było wielkiego zrozumienia dla tej idei. To smutne…
Jak Ksiądz ocenia rzeczywistość III RP?
– Jako kontynuację PRL-u. To niejednokrotnie ci sami ludzie budują „nową rzeczywistość” – system, w którym naczelne idee komunistycznego nihilizmu są zachowane. Mam na myśli to, co powiedziałem wcześniej – brak szacunku dla Boga i brak szacunku dla człowieka. A więc błąd teologiczny i błąd antropologiczny jest w tym nowym systemie nadal sprawą podstawową.
Apokalipsa św. Jana ma swoją religijną, teologiczną głębię, ale moją uwagę przykuwa tam scena, w której widzę pewne odniesienie do sytuacji w Polsce, krajach postkomunistycznych i na całym świecie. W trzynastym rozdziale Apokalipsy Smok ogniście czerwony schodzi ze sceny dziejów i przekazuje władzę Bestii pierwszej i drugiej.
Czym się różni Bestia od czerwonego Smoka? Czerwony Smok chciał pożreć dziecko niewiasty – wystąpił więc jako morderca. Bestia pierwsza występuje natomiast jako bluźnierca. Z kolei Bestia druga udaje Baranka, czyli symbolizuje fałszywych katolików.
I teraz oto weszliśmy w czas bluźnierstw, kolosalnego zamętu myślowego i moralnego, także w Kościele. Otwartych prześladowań na razie nie ma, ale istota jest zachowana. Nie znaczy to oczywiście, że prześladowań nie będzie. Bo jeżeli komuś grozi dziś siedem lat więzienia za opowiedzenie dowcipu na temat transwestytów albo ktoś, kto sprzeciwia się związkom homoseksualistów może zostać uznany za przestępcę, to jest to tylko zapowiedź tego, co nas może czekać już niebawem. Mimo to musimy zawsze przyjmować postawę twardego i niezłomnego katolicyzmu. To znaczy dawać świadectwo Prawdzie. Chrystus powiedział przecież: Poznacie Prawdę, a Prawda was wyzwoli.
Dziękuję za rozmowę.
Bogusław Bajor
Tekst ukazał się w nr. 9 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”