Co takiego dzieje się od kilku miesięcy w Afryce Północnej? Analizy geopolitycznej nigdy nie można przeprowadzać bez znajomości historii. A historia przypomina, że ten piękny i żyzny pas wybrzeża ciągnący się od Egiptu, przez Cyrenajkę, Trypolitanię, Tunezję i Algierę, aż po Maroko za czasów Imperium Rzymskiego należał do najbujniej kwitnących ośrodków chrześcijaństwa.
W wiekach III-V Afryka była kolebką wielkiej literatury chrześcijańskiej tworzonej w języku łacińskim – dość wspomnieć Tertuliana czy św. Cypriana i św. Augustyna. Z tych berberyjskich obszarów wywodzili się również papieże: Wiktor I, Milcjades, Gelazy I oraz wielcy święci (jak św. Monika, matka św. Augustyna) i męczennicy (wspomniany już św. Cyprian czy święte Perpetua i Felicyta). W V wieku śródziemnomorskie rejony Afryki zaludniała połowa całkowitej liczby chrześcijan rozproszonych po całym świecie. Istniało tam blisko sześćset diecezji. Afrykańskich biskupów wyróżniała ortodoksyjność w walce przeciw heretykom. Św. Prosper z Akwitanii pisał wówczas: O Afryko, co ustanowisz, Rzym zatwierdzi, a Cesarstwo przyjmie.
Wesprzyj nas już teraz!
Nadszedł czas, świetnie zresztą opisany przez Salwiana z Marsylii, kiedy ów potężny gmach chrześcijaństwa zaczął się chylić ku upadkowi, a w końcu został zniszczony przez ariańskich Wandalów z Genzerykiem na czele, którzy w roku 435 podbili Kartaginę. Po ich panowaniu w VI wieku przyszła pora na rządy Bizancjum, którym stanowczy opór stawili afrykańscy biskupi, broniąc prawowierności i odrzucając wszelkie dogmatyczne innowacje wprowadzane przez władców: Justyniana i Herakliusza. Działo się tak aż do drugiej połowy VII wieku, czyli do najazdu muzułmańskich Arabów na północną Afrykę, kiedy ziemie te opanowała prawdziwa ciemność.
Dopiero podwójna klęska Arabów pod murami Bizancjum (716-717) i pod Poitiers (732) spowodowała zatrzymanie gwałtownego naporu islamu na chrześcijańską Europę. Nie zmieniło to sytuacji północnej Afryki, która cała – od Egiptu po Cieśninę Gibraltarską – pozostała w rękach muzułmanów. Ci zaś za cel postawili sobie systematyczne niszczenie wszystkiego, co chrześcijańskie. W wyniku trwającej sto lat realizacji tego planu Afryka zatraciła swoją kulturę, a o korzyściach z handlu musiała zapomnieć.
Dopiero w wieku XIX ziemie te, jako kolonie mocarstw europejskich, odzyskały pewną jedność – co prawda nie duchową, ale polityczną. Po drugiej wojnie światowej dotknął je tak zwany proces dekolonizacyjny, który miast uwolnić podległe dotąd ludy w istocie oddał je pod panowanie skorumpowanych satrapów i dyktatorów. Przez cały ten czas islam rósł w siłę…
Podbijemy Rzym!
Wszyscy analitycy komentujący serię „arabskich rewolucji” wstrząsających północną Afryką zgadzają się co do jednego: w krajach śródziemnomorskich po rewolucjach roku 2011 nic już nie będzie takie, jak dawniej. Co zatem ulegnie zmianie?
W tej kwestii zdania są już podzielone. Jedni uważają, że istnieje możliwość instrumentalnego wykorzystania fundamentalistów religijnych do obalenia totalitarnych systemów, żywiąc jednocześnie nadzieję, że później uda się uniemożliwić fundamentalistom przejęcie władzy. Inni z kolei twierdzą, że aby zwalczyć fundamentalizm, trzeba dać mu możliwość demokratycznego dojścia do władzy. Łudzą się przy tym, że odpowiedzialność, jaka wówczas spadłaby na islamskich fundamentalistów, doprowadziłaby do ich „deislamizacji”.
Pesymiści przewidują, że fundamentalistyczny islam podbije państwa Maghrebu i Maszreku. Optymiści są przekonani, że dla tychże ludów otwiera się nowa era demokracji i wolności. A są też i tacy, którzy przyznają, że skoro nie potrafili przewidzieć tego, co się wydarzyło, tym bardziej nie potrafią przewidzieć tego, co nastąpi w przyszłości.
Jedno jest jednak pewne. Nie trzeba być zwolennikiem teorii spiskowych, by wiedzieć, że spontaniczne rewolucje nie istnieją. Reżimy upadają, kiedy ludzie u szczytu władzy dają się skorumpować, a w kraju istnieje zorganizowana mniejszość potrafiąca wykorzystać niezadowolenie ludności w celu przejęcia władzy. Jedyną zorganizowaną mniejszością działającą obecnie na tych obszarach są Bracia Muzułmańscy znani pod różnymi nazwami – od Islamskiego Frontu Ocalenia (Fis) w Algierii po Hamas na terytoriach Palestyny.
Punktem odniesienia Braci Muzułmańskich nie jest islam Chomeiniego, ale – jak stwierdził Ali Beldhadj, lider Fis, w wywiadzie udzielonym 20 lutego włoskiemu dziennikowi „Corriere della Sera” – Turcja rządzona przez Recepa Tayyipa Erdogana, człowieka, który zmienił kurs z prozachodniego na proislamski. 1 marca Erdogan odwołał oficjalną wizytę w Brukseli, by wziąć udział w uroczystościach pogrzebowych Necmettina Erbakana, ojca tureckiego fundamentalizmu. To właśnie on był mistrzem Erdogana aż do roku 2001, kiedy dzisiejszy premier Turcji założył własną partię – Sprawiedliwość i Postęp. Europejczycy są chorzy! – wołał Erbakan w roku 1989. – Dostarczymy im lekarstwa. Cała Europa stanie się islamska. Podbijemy Rzym!
Europa zostanie zajęta!
W podobnych słowach wypowiedział się niedawno szejk Jusuf al-Qaradawi, duchowy przewodnik Braci Muzułmańskich: Wreszcie islam obejmie panowanie nad całym światem. Jednym ze znaków zwycięstwa będzie to, że Rzym zostanie podbity, Europa zajęta, a chrześcijanie pokonani. Ten sam al-Qaradawi po trzydziestu latach wygnania triumfalnie powrócił do Egiptu, by przed ogromnym tłumem wiwatującym na cześć rewolucji arabskiej 18 lutego na kairskim placu Tahrir poprowadzić modlitwę „marszu zwycięstwa”.
Narodom arabskim objętym rewolucją można życzyć, by uwolniły się spod niewoli dyktatury. Ale narody te nie doświadczyły nigdy wolności, a demokracja, jaką się im oferuje, ma charakter relatywistyczny – jak na Zachodzie, który przechodzi kryzys tożsamości.
Święty Pius X mówił, że na świecie nie ma prawdziwej cywilizacji poza chrześcijaństwem, a oddalenie ludzi od chrześcijaństwa stanowi miarę upadku danej cywilizacji. Stwierdzenie to znalazło swoje potwierdzenie w historycznych i politycznych wydarzeniach wieków XX i XXI.
Jest pewne, że dopóki chrześcijaństwo na nowo nie zbuduje cywilizacji na ziemiach Afryki, dopóty mieszkające tam ludy nie zaznają pokoju ani dobrobytu. Będą za to stanowić źródło niepewności i zagrożeń dla Europy.
Roberto de Mattei
Tekst ukazał się nr 20 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”