Prasa ujawniła dowody nadużyć w ośrodkach aborcyjnych, minister zapowiada kontrolę. Rośnie dyskusja nad przestrzeganiem permisywnego prawodawstwa.
Andrew Lansley, brytyjski minister zdrowia, zarządził specjalną kontrolę brytyjskich klinik aborcyjnych. To efekt dziennikarskiego śledztwa, zainicjowanego przez „Daily Telegraph”. W lutym dziennik ujawnił nagranie rozmowy z lekarzem, pracownikiem aborcyjnego szpitala, który zgodził się na zabicie dziecka ze względu na jego płeć. Śledztwo w tej sprawie rozpoczęła policja.
Wesprzyj nas już teraz!
Wątpliwości urzędników wzbudziła także formalna strona funkcjonowania ośrodków aborcyjnych. Do zabicia nienarodzonego dziecka potrzebne są podpisy dwóch lekarzy, na których ciąży obowiązek oceny zebranych informacji medycznych. Według ostatnich doniesień, lekarze zaangażowani w ten proceder udzielali potrzebnych podpisów nawet przed skompletowaniem potrzebnych informacji i stworzeniem wymaganej prawem dokumentacji.
Paul Tully, rzecznik Society for the Protection of the Unborn Child (SPUC) stawia sprawę otwarcie. „O wcześniejszym podpisywaniu słyszeliśmy od lat, nie widzieliśmy dotąd tylko bezpośrednich dowodów”. Jak zauważa, warto też postawić pytanie o słuszność naruszanych przepisów. „Czy to wystarcza lekarzowi, że spojrzy na formularz, zwykły kawałek papieru, który ktoś inny wypisał?” – pytał Tully. W tej sytuacji brytyjskie prawo wymaga oceny dokumentacji, bez bezpośredniej weryfikacji zebranych informacji w trakcie rozmowy lekarza z pacjentką.
W ciągu najbliższych tygodni specjalną kontrolę przeprowadzi Komisja Jakości Opieki Zdrowotnej. Inicjatywę skrytykowali przedstawiciele brytyjskich środowisk aborcyjnych, na czele z British Pregnancy Abortion Service.
Źródło: bbc.co.uk
mat