2 czerwca 2012

ACTA: obrona własności albo… nowy socjalizm

(Fot. Jan Bodakowski)

Trzy kolejne komisje Parlamentu Europejskiego negatywnie zaopiniowały projekt ustawy ACTA. Czy europosłowie posłuchają niemal 2,5 miliona osób, które podpisały się pod sprzeciwem wobec prawa pozwalającego pod pretekstem ochrony praw autorskich bezceremonialnie ingerować w prywatność użytkowników Internetu?

 

Kwestia ACTA, czyli Anti-Counterfeiting Trade Agreement (umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi) była jednym z najgłośniejszych tematów medialnych na początku 2012 r. Wydawało się, że losy umowy będą ważyć się podczas marcowych debat w Parlamencie Europejskim, jednak 22 stycznia została ona skierowana do Trybunału Sprawiedliwości UE. Na decyzję Trybunału w sprawie zgodności ACTA z prawem unijnym może przyjść nam czekać od półtora do dwóch lat. W międzyczasie projekt krąży pomiędzy komisjami europarlamentu. Czas pokaże, czy silny opór przeciwko porozumieniu przetrwa przez tak długi okres. Trzeba jednak przyznać, że protesty pokazały, iż opinia publiczna (przynajmniej w Polsce) nie jest całkowicie bezradna, a rząd łatwo może zachwiać się pod jej presją.

Wesprzyj nas już teraz!

Czy jednak obawy wobec ACTA nie były przesadzone? Biorąc pod uwagę totalitarne ciągoty przedstawicieli znacznej części unijnych elit, ostrożność wydaje się wysoce wskazana. Przykładowo, zgodnie z artykułem 12. ustęp 2, „Każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania środków tymczasowych bez wysłuchania drugiej strony, w stosownych przypadkach”. Jak zauważa prawicowy publicysta Sebastian Bachmura, jest to sprzeczne z zasadą audiatur et altera pars i rodzi nierówność wobec prawa. Artykuł 12. może być wykorzystany zarówno przez twórców (zyskujących przewagę w obliczu sądów nad podejrzanymi, do których w świecie Internetu i youtube’a może zaliczyć się każdy); jak i przez państwo (niemal każdy podłączony do Sieci obywatel może być podejrzany).

Ponadto zastanawiający jest nacisk na ochronę własności intelektualnej w sytuacji, gdy tradycyjna własność jest niszczona na każdym kroku przez podatki, regulacje, przymusowe składki ubezpieczeniowe i kreowaną przez banki centralne inflację. Czy zwiększenie państwowych uprawnień w obronie własności intelektualnej jest zwrotem ku walce z socjalizmem czy raczej kolejnym krokiem naruszającym własność w tradycyjnym rozumieniu?

Istnienie prawa prywatnego posiadania w tradycyjnym rozumieniu wynika z rzadkości istniejących dóbr. Podział własności pozwala tu zapobiec konfliktom (o czym pisali już Arystoteles i św. Tomasz). Istnieje więc potrzeba nadania praw własności w przypadku ziemi czy diamentów. Nie zachodzi jednak potrzeba rozdzielania własności powietrza (przynajmniej do czasu aż rozwój gospodarki nie wywoła problemu zanieczyszczenia) – z tej prostej przyczyny, że nie jest ono dobrem rzadkim i każdy może zeń korzystać w obfitości.

Podobnie sprawa ma się w przypadku idei (np. dzieł artystycznych czy wynalazków). Choć konkretna płyta z zapisem utworu jest dobrem rzadkim, to sam utwór już nie. Nic (poza prawem autorskim) nie stoi na przeszkodzie, by był kopiowany na inne nośniki czy wykorzystywany przez innych artystów.

Podobnie skonstruowany przez wynalazcę innowacyjny robot kuchenny jest dobrem rzadkim. Jednak idea jego produkcji i wykorzystania, jako niematerialna, już rzadka nie jest (dopóki nie uchwalimy prawa patentowego). Co gorsza tak zwana własność intelektualna uniemożliwia korzystanie z „normalnej” własności – np. inżynier, który legalnie nabył potrzebne materiały nie może przekształcić ich zgodnie z własną wolą i zbudować opatentowanego przez innego inżyniera robota kuchennego.

Czy jednak twórca nie powinien mieć prawa do owoców swojej pracy? Czy bez prawa patentowego gospodarka nie pogrążyłaby się w stagnacji? Są to niewątpliwie skomplikowane kwestie, jednak zwolennicy własności intelektualnej często używają demagogicznych argumentów. Twórca może zarabiać jednokrotnie sprzedając np. płytę, na której nagrał swój śpiew czy projekt wynalazku. Nie powinien jednak wielokrotnie pobierać tantiem ograniczając tym samym prawa innych.

Gospodarka jako całość także nie musi stracić na zlikwidowaniu czy zreformowaniu prawa własności intelektualnej. Prawo patentowe to przecież monopol, ograniczający wejście na dany rynek tym, którzy nie posiadają patentu. Ogranicza ono działalność firmom, które umieją taniej produkować np. innowacyjne roboty kuchenne, ale nie mają na nie patentu. Tracą na tym przede wszystkim konsumenci, których satysfakcja powinna być w kapitalistycznej gospodarce na pierwszym planie. Tymczasem prawo patentowe służy głównie pewnym grupom producentów – co stanowi swego rodzaju powrót do zasad socjalistycznych. To właśnie w tym systemie celem gospodarki był producent, a nie klient.

Naprawę państwa trzeba zacząć od naprawy pojęć, jak mawiał Konfucjusz. Własność prywatna i własność intelektualna to dwie różne rzeczy – w dodatku ze sobą sprzeczne. Nawet jeśli optujący za ACTA euro-oligarchowie twierdzą inaczej. Roztropność każe sądzić, że mają w tym swój interes…

 

Marcin Jendrzejczak

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie