– Wojny religijnej na razie w Polsce nie mamy. Ona co najwyżej rozwija się w umysłach kilku publicystów i polityków prawicowych, no i w kilku portalach o tej obediencji – tak ex-cathedra orzekł ks. Kazimierz Sowa, dyrektor Religia TV, należącego do Grupy ITI. Tego samego holdingu medialnego co TVN.
No, skoro wojnie z Kościołem zaprzeczył sam ks. Sowa, który zawsze wie, co „w trawie piszczy”, to coś musi być na rzeczy. I rzeczywiście! Paznokci katolikom nie wyrywają, majątków księżom nie odbierają – co najwyżej chcą zlikwidować Fundusz Kościelny, co – nawiasem mówiąc – z miejsca ożywiło niektórych dziwnie ospałych dotąd hierarchów. „Nieznani sprawcy” udali się na zasłużony odpoczynek (wszystko co dobre szybko się kończy…), proces kurii krakowskiej – to odległa przeszłość. Żeby choć powstała rezolucja Związku Literatów Polskich w Krakowie w jakiejś sprawie, jak ta sprzed 59 laty… A tu cisza.
Wesprzyj nas już teraz!
Tylko Janusz Palikot, zmęczony tańcem z osobą Anny Grodzkiej (można obejrzeć w Internecie!) pohukuje coś o „inkwizytorze Gowinie” i o konieczności zlaicyzowania „tego kraju”, poseł Roman Kotliński z „Faktów i Mitów” wyciąga od starych kumpli jakieś sfingowane dokumenty na znienawidzony kler, którego sam był (jest?) członkiem (Oni nawet w piekle nie przestaną być księżmi – mawiał o duchownych odszczepieńcach pewien znajomy działacz katolicki). Osobistych wrogów Pana Boga przez pewien czas „kręciła” walka z krzyżem w Sali Sejmowej, ale zapału starczyło na kilka miesięcy… Kiedy odezwał się „znany obrońca Kościoła” Lech Wałęsa, wszystko jakoś przycichło. Przynajmniej na razie.
Ale… wróćmy do ks. Sowy i jego solennych zapewnień o przychylności względem Kościoła obecnie rządzących. – Nie wierzę w niezdementowane informacje – mówił książę generał-gubernator warszawski Michaił Gorczakow, czyli poczciwy namiestnik rosyjski w Królestwie Polskim. No, a jeśli ks. Kazimierz zdementował pogłoski o wojnie, to może coś jest na rzeczy… Nie, to niemożliwe. Że też takie rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy! Przecież jakby coś było na rzeczy, to by ks. Sowa, albo ks. Boniecki – gdyby tylko mógł znów swobodnie mówić – od razu zaalarmowali opinię publiczną.
Tylko ciągle nie daje mi spokoju jedna sprawa. Mianowicie, troska o przyszłość sympatycznego dyrektora Religia TV, zawsze dziwnie przychylnego różnym wybrykom rządzącej koalicji i warszawskiego salonu.
Zacząłem sobie bowiem przypominać jak kończą niegdysiejsi establishmentowi ulubieńcy w koloratkach i habitach. W modzie jest stosowanie przez „decyzyjnych”, bynajmniej nie tych kościelnych, zasady z kabaretu Tey: jeden obiecujący członek kadry podskoczył i… nie ma go w kadrze. Wie coś o tym ks. prof. Waldemar Chrostowski, który z pionierów dialogu chrześcijańsko-żydowskiego został zdegradowany do roli antysemity. Ojciec dr Maciej Zięba dominikanin przebył z kolei bolesną ścieżkę zdrowia z wyżyn fotela dyrektorskiego Europejskiego Centrum Solidarności i w ogóle „ostatniej nadziei salonu” do zwykłego żywota zakonnika, w dodatku obarczonego – jak każdy – ludzkimi słabościami, o których wcześniej wszyscy znajomi z telewizji z wyrozumiałością milczeli. Nagły wystrzał z pistoletu startowego – i różne brudy zaczęto wyciągać ze sprinterską szybkością, choć biorąc pod uwagę ilość zawodników biorących udział w tych osobliwych wyścigach, można mówić o sztafecie.
Teraz z kolei przyszła kolej na benedyktynów, których produkty spożywcze widocznie komuś zasiadły na żołądku, bo media od razu doniosły, że słynne „receptury benedyktyńskie” w ogóle – podobnie jak prof. Kuppelweiser z „Seksmisji” – „nie istnieją”, a w ogóle są „naturalne tylko w recepturze”. Mało tego – okazało się, że część produktów firmowanych przez opactwo tynieckie „nie różni się od tych w lepszych delikatesach”. Przy okazji wyszło na jaw, czym obywatel III RP jest faszerowany w „gorszych delikatesach” – zresztą wystarczy skosztować takiej na przykład kupionej tam „polędwicy sopockiej” za kilka złotych, by się przekonać, że wędlina ta zarówno Sopot jak i mięso widziała co najwyżej na wakacyjnej widokówce…
No a benedyktyni… Tak oto z kościelnej awangardy intelektu, nauki i ekumenizmu, ale też wzorcowego przykładu że zakon może doskonale funkcjonować w warunkach „gospodarki rynkowej” III RP, zostali w ciągu jednej chwili zdegradowani do roli krętaczy, którzy oferują nie swoje towary, w dodatku po horrendalnych cenach.
I niech to będzie przestroga dla duchownych trefnisiów, którzy są tolerowani przez salon, ale tylko do czasu. Laicki smok potrzebuje krwi, a ta księżowska smakuje mu najbardziej. Niechby i księżowska w salonowym wydaniu.
Bogusław Bajor