Współczesny Polak myśli o pierwszej Rzeczypospolitej i jej obywatelach jako o kraju na poły mitycznym i ludzie dawno wymarłym, z którym przedziwnym jakimś trafem łączy nas zbliżony język i – w szczątkowej formie – zamieszkiwane terytorium. Współczesnemu Polakowi rzadko zdarza się odczuwać pokrewieństwo z ową dawno zatopioną Atlantydą, tymczasem nasza kultura i narodowa tradycja wprost z niej się wywodzą. Innego dziedzictwa nie mamy – mentalność „nowoczesną” przyniosły z zewnątrz wszy w perukach „oświeconych” i na kołnierzach sołdatów. Warto sobie to w końcu na dobre uzmysłowić. I zaczerpnąć obficie z dziedzictwa przodków, oddzielając ziarno od plew.
W umyśle współczesnego Polaka hasło „sarmata” automatycznie rysuje obraz nadętego megalomanią i samouwielbieniem warchoła, tępego rębajły, ksenofobicznego obskuranta i kipiącego nietolerancją powierzchownego dewota. Trudno się współczesnemu Polakowi dziwić – tak przecież został wytresowany przez siedem niemal dekad istnienia szkoły, która nie uczy, a realizuje program (od z górą dwóch stuleci ten sam: infekcji mitem postępu i kłamstwem dziejowego determinizmu). Każdy jednak, któremu nieobca trudna sztuka czytania, a ryzyko myśli wolnej niestraszne, dostrzega przepaść między kreowanym usilnie obrazem a rzeczywistością.
Wesprzyj nas już teraz!
Ojczyzną Sarmatów nie był wszak żaden grajdołowaty Ciemnogród, lecz państwo największe w Europie – bogate, multikulturowe mocarstwo pewnie rozparte między Bałtykiem a Morzem Czarnym – płodami swych pól żywiące kontynent i piersiami własnych obywateli zasłaniające go od nawały z Azji.
Nil indignari…
W Rzeczypospolitej Obojga Narodów nigdy nie padło zdanie, że Kraków czy Warszawa warte są Mszy, bo Sarmata sobie Mszą Świętą gęby nie wycierał; nigdy tu też głowy opozycji nie spadały na deski szafotu jak w londyńskim Tower ani nie podawano niewygodnym dla władzy – wzorem krajów włoskich – trucizny w komunii; nigdy bruk krakowski nie był śliski od krwi jak w Paryżu w noc świętego Bartłomieja, a bestialska waśń domowa nie trawiła kraju przez trzydzieści lat jak w niemieckiej Rzeszy.
Przeciwnie, tu cudzoziemcy zawsze byli mile widziani, te ziemie znano jako paradisus judaeorum, tu dokonano wzorcowego połączenia Kościoła Wschodniego z Zachodnim, tu zaszedł jedyny w dziejach skuteczny przypadek asymilacji islamu (do tego stopnia, że polscy muzułmanie stawali ramię w ramię ze swymi chrześcijańskimi sąsiadami przeciw wyznawcom Allacha, a z czasem gremialnie przyjęli wiarę katolicką).
Które z państw ówczesnej Europy – z wyjątkiem Hiszpanii i Portugalii, siejących na zachodniej półkuli ziarna Ewangelii – może pochwalić się podobnymi osiągnięciami?
…nil mirari…
Durny rzekomo Sarmata powszechnie chodził do szkół, wyjeżdżał na zagraniczne studia, podróżował po Europie, mówił językami, wiele czytał i pisał. Wiedzą o otaczającym świecie bynajmniej nie ustępował mieszkańcom Zachodu, podobnie jak poziomem kultury osobistej – w charakterze swoistego exemplum przypomnijmy, że Henryka Walezego do tego stopnia zafascynował nieznany w XVI wieku w Luwrze widelec, że opuszczając w pośpiechu Wawel nie zapomniał go ukraść, aby odtąd jadać jak człowiek cywilizowany.
Wstyd za Sarmatów jest zatem fałszywy, aczkolwiek nie byli oni bez skazy. Oto, obsesyjnie wręcz ukochawszy wolność, nie zauważyli, że owa toksyczna miłość spycha ich w otchłań anarchii. Brakło w nich ducha ekspansji – potęgę Rzeczypospolitej zbudowali pokojowo, nie sięgając po cudze, a przecież nie tak tworzy się imperia. Zgrzeszyli naiwnością, sądząc sąsiadów własną miarą. Nade wszystko zaś, okazali się nieodporni na zgubnego ducha demokracji, która uczyniła ze szlachetnych ongi cives rei publicae butną „grupę trzymającą władzę”. A że pycha jest matką wszystkich grzechów, droga do upadku okazała się nader stroma i krótka.
…sed intellegere
Ale jeszcze nie jest pobity świetny okręt Rzeczpospolitej – zapewnia wybitny piewca Sarmacji. Przecież tradycję sarmacką od stuleci wysysamy – nawet sobie z tego nie zdając sprawy – z mlekiem matki. Dlatego też tak łatwo szlachecka kultura – przede wszystkim w swym wymiarze zewnętrznym: dworkowo-konno-kontuszowo-szablowym – do nas trafia. To jednak za mało. Pod kontuszem winno bić rycerskie serce, kołpak z czaplim piórem ma okrywać senatorską głowę, a ze słuckiego pasa niech zwisa różaniec – bez względu na społeczne pochodzenie. Tradycyjne stany odeszły w niebyt – dziś szlachtą jest każdy, kto służy Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie.
Jerzy Wolak
Tekst powyższy został opublikowany w nr. 19 magazynu „Polonia Christiana”.