Kościół straszy – taka alarmująca wieść uderzyła niedawno w oczy całą Polskę z łamów opiniotwórczej gazety. Podobne przekonanie bujnie krzewi się w zdumiewająco szerokich kręgach polskiego społeczeństwa. Ich zdaniem, Kościół wymusza i prześladuje, moralność chrześcijańska stanowi zbiór nieżyciowych komunałów, chrześcijaństwo jest najbardziej nietolerancyjną z religii, a w ogóle wszystko to bzdura wymyślona przez grupę żądnych władzy staruchów wyłącznie w celu ujęcia w żelazne karby ciemnego ludu. Krótko mówiąc, opium dla mas.
Doprawdy głęboko zastanawia nieśmiertelność niektórych idei. Głoszący śmierć Boga Nietzsche dawno umarł, głoszony przez Marksa raj na ziemi w dantejski sposób się skompromitował, a gawiedź wciąż słucha i wierzy…
Wesprzyj nas już teraz!
Wielu jest w naszym kraju – jak się okazuje – entuzjastycznych fanów laicyzacji. Autentycznych fanów – ich antykościelne, antychrześcijańskie nastawienie wynika z pobudek czysto hobbystycznych. Nie piastują żadnych funkcji w lewicowych partiach (ba, czasem nawet przyznają się do prawicowych poglądów), nie pracują w laickich mediach, nie czerpią ze swych zapatrywań żadnych profitów. Ale mają wiele do powiedzenia i pierwsi są, gdy trzeba rzucić kamieniem…
Znajdziemy ich we wszystkich warstwach społecznych i grupach zawodowych – nie tylko w gronie inteligencji, której przewróciła w głowach bezkrytyczna lektura postmodernistycznych guru, ale, co gorsza, w urzędach, fabrykach, sklepach, na placach targowych i w maglu. Są w pewnym sensie gorsi od cynicznych inżynierów laicyzacji, bo szczerze wierzą, że wyrugowanie Kościoła, jego symboliki, a zwłaszcza nauczania, z przestrzeni publicznej poprawi sytuację społeczno-ekonomiczną w naszej ojczyźnie. W ich przekonaniu to Kościół (czytaj: ludzie wiernie trzymający się nauki Chrystusowej) stanowi najsilniejszy hamulec przemian cywilizacyjnych. Niestety, po części fani laicyzacji mają rację – powinni tylko zadać sobie pytanie, czy ku takiej właśnie cywilizacji naprawdę chcą zmierzać.
Sądzę, że owym bezinteresownym, a nierzadko zupełnie bezwiednym laicyzatorom należy z całą ostrością uświadomić, jak bardzo się mylą. Przecież wraz z wyparciem ze sfery publicznej Kościoła – z jego nauczeniem i moralnością – cała sfera stosunków społecznych ulegnie totalnej przemianie. Na gorsze. Wielu ludziom bowiem wydaje się, że po usunięciu z powszechnej świadomości katolickiego punktu widzenia zacznie się czas obyczajowej swobody, którą najczęściej zresztą wyobrażają sobie oni jako bezgraniczny komfort seksualnej swobody. Ponadto zaś nic się nie zmieni. Grubo się mylą. Nie uświadamiają sobie wcale, że wraz z zanikiem chrześcijaństwa ze świata zniknie wszelka życzliwość – w niebyt odejdą: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność i opanowanie. Cechy te wszak stanowią – jak zapewnia św. Paweł w liście do Galatów (5, 22-23) – owoce Ducha Świętego.
Nie istnieją żadne wartości ogólnoludzkie, jak błędnie mniema wielu Europejczyków. To po prostu oparte na Dekalogu wartości chrześcijańskie, które Zachód na przestrzeni wieków w większym czy mniejszym stopniu rozpowszechnił po całym globie. Wystarczy rzut oka na cywilizacje przedchrześcijańskie – wszystkie widzą w drugim człowieku obcego, jeśli nie wroga, honorując co najwyżej więzy krwi. Dostrzeżenie w drugim człowieku brata po raz pierwszy w dziejach pojawiło się w nauczaniu Jezusa Chrystusa. Wprawdzie przykazanie miłości bliźniego wywodzi się jeszcze ze Starego Testamentu, ale oparty na nim całościowy system etyczny zrodził się dopiero po wylaniu na Apostołów Ducha Świętego. Komu zresztą mało dowodu historycznego, niech spojrzy na dzisiejszy świat, który nie dość że Ducha Świętego nie wzywa, to jeszcze się odeń zdecydowanie odżegnuje: zwykła życzliwość znika zeń w tempie zastraszającym. A gdy już całkiem zniknie, co zostanie? Jeno płacz i zgrzytanie zębów (Mt 13, 42).
Jerzy Wolak
Artykuł ukazał się w nr. 17 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”.