Z przekazu polskich mediów lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia można było odnieść wrażenie, że nastał czas wielkiego przepraszania narodów. A to jakiś naród bezwzględnie domagał się przeprosin od narodu polskiego, nie bacząc nawet, czy istotnie naród polski mu w czymkolwiek zawinił; a to Polacy domagali się przeprosin od innych narodów, na co usłyszeli odpowiedź, że sami są sobie winni i w zasadzie to oni powinni przeprosić sąsiednie narody za to, że się tak zmęczyły ich eksterminacją. W całym owym festiwalu krzywd mniej lub bardziej urojonych i przeprosin nieszczerych nikt nie zauważył, że istnieje na świecie naród, któremu faktycznie należą się od Polaków przeprosiny.
Dwukrotnie w dziejach narodu hiszpańskiego – za każdym razem w chwili przełomowej – pojawiali się na Półwyspie Iberyjskim uzbrojeni Polacy, w obu przypadkach stając po stronie sił wrogich hiszpańskiej historii, wierze, tradycji i obyczajom.
Wesprzyj nas już teraz!
Ostatnio zdarzyło się to w roku 1936 i nic nie pomogą tłumaczenia, że Inzelsztain, Mencel czy Kirszenbaum to żadni Polacy, albowiem faktem niezbitym pozostaje, iż owi najemnicy Kominternu legitymowali się obywatelstwem polskim. Nie ten jednakowoż fenomen zamierzamy w niniejszym artykule rozpatrywać (choć sprawa bezsprzecznie zasługuje na obszerną a wnikliwą analizę), przejdźmy więc do drugiej (acz chronologicznie pierwszej) „wizyty” naszych rodaków za Pirenejami.
Dał nam przykład Bonaparte
W roku 1808 Napoleon Bonaparte wykorzystując kryzys władzy w Madrycie, postanowił obalić rządzących Hiszpanią Burbonów, by tron ich podarować własnemu bratu. A choć iberyjska awantura Bonapartego nie miała nic wspólnego z polską racją stanu ani z naszym interesem narodowym, w szeregach korpusu inwazyjnego znalazły się jednostki polskie.
Wojska nasze poniosły ofiary w walkach za obcą sprawę, o zabór cudzej ojczyzny – przyznaje wybitny znawca okresu a zarazem piewca chwały polskiego oręża, Marian Kukiel. Co za potworny paradoks: synowie zniewolonego narodu, którzy na swych sztandarach wypisują hasło Za wolność naszą i waszą, zniewalają inny naród. I to taki, który im nigdy w niczym nie zawinił. Gorzej jeszcze: katoliccy żołnierze polscy stanowią forpocztę masońskiej rewolucji niosącej do innego katolickiego kraju mroki oświecenia, bezbożne rządy, masońskie pseudoreformy, prześladowania za wiarę, rabunek i terror.
Albowiem Napoleon przywdziawszy cesarską koronę, nie przestał być dzieckiem rewolucji francuskiej, obdarowującym podbitą Europę jej „zdobyczami”. Jak to trafnie ujął francuski mąż stanu, Louis Adolphe Thiers: Bonaparte pod formą monarchiczną kontynuował rewolucję na całym świecie. Wszędzie, gdzie się pojawił, narzucał swój ateistyczny kodeks, podporządkowywał Kościół państwu, rozwiązywał zakony, wprowadzał śluby cywilne i rozwody. Jak każdy rewolucjonista działania swoje postrzegał w kategoriach uszczęśliwiania narodów (oczywiście, nie pytając ich, czy sobie tego życzą, czy nie; a jeśliby sobie nie życzyły – biada im). Tak było we Włoszech, w Niemczech, w Polsce. Tak było i w Hiszpanii…
Dobitnie przekonuje o tym francuski historyk Jacques Bainville, stwierdzając: Napoleon chce dać szczęście narodowi hiszpańskiemu wedle recepty, jaką dał królom, swoim braciom: przynieść ma oświecenie, wolność, równość, kodeks cywilny. (…) Jest przekonany, że skupi wokół siebie Hiszpanię oznajmiając jej, że przychodzi, by obalić feudalizm i inkwizycję. Problem w tym, że Hiszpanie wcale nie czuli się uciemiężeni przez inkwizycję, w której widzieli legalną i potrzebną strażniczkę prawowierności. Naród jako całość popierał jej istnienie – pisze Henry Kamen, badacz inkwizycji hiszpańskiej, daleki od jej apologetyzowania, dodając uwagę bodaj jeszcze ciekawszą, że prawdziwy wpływ inkwizycji na życie codzienne Hiszpanów był tak marginalny, iż na większości terytoriów Hiszpanii – zwłaszcza zaś na obszarach wiejskich – wydaje się nieistotny. Hiszpanie więc bynajmniej nie pragnęli być uszczęśliwiani, ponieważ absolutnie nie czuli się nieszczęśliwi.
Napoleon przeliczył się w swoich zamiarach, gdyż – przywołajmy słowa angielskiego pisarza katolickiego Hilaire Belloca – nie znał on usposobienia mieszkańców Hiszpanii, ich namiętnego przeciwstawienia się cudzoziemcowi, braku u nich nowego ducha mającego źródło we francuskich filozofach, wywierającego wpływ na wszystkie inne kraje, w których dotąd prowadził swe kampanie. Hiszpania nigdy nie postrzegała go jako wyzwoliciela. Główną przeszkodą było tu to, o czym się najmniej mówi: religia. Armie rewolucyjne stały w opozycji do religii, łupiły miejsca święte, a teraz następcy ich pod władzą cesarza zachowywali się tak samo jak one w obliczu rzeczy świętych, a więc tak samo zwalczali je i łupili.
Armia Napoleona była armią rewolucyjną – gwałty, grabieże i świętokradztwo pozostawały na jej porządku dziennym. Przelewaliśmy krew mnichów z bezbożną furią, którą Francja odziedziczyła po błazeństwach Woltera i ateistycznym szaleństwie Terroru – notuje François René de Chateaubriand. Zachowanie Francuzów w Hiszpanii znała cała ówczesna Europa. To pod jego wpływem Francisco de Goya y Lucientes stworzył słynny cykl akwafort zatytułowany Okrucieństwa wojny, które do dziś – pomimo „wzbogacenia” powszechnej świadomości o horror wojen XX wieku – nie przestają autentycznie przerażać.
W służbie rewolucji
W taką oto sytuację wdepnął żołnierz polski – w swej masie wierny Kościołowi i przywiązany do wiary ojców. Dla ilustracji warto przytoczyć scenę, która rozegrała się kilkanaście lat wcześniej w Tolentino, gdzie doszło do spotkania wygnanego przez Napoleona z Rzymu papieża Piusa VI z legionistami Dąbrowskiego. Żołnierze rewolucji, podwładni wrogów Ojca Świętego i samej religii, ku zaskoczeniu politruków pokroju Wybickiego padli na kolana przed głową Kościoła, prosząc o błogosławieństwo. A stojący nad grobem papież pobłogosławiwszy ich z żalem wyznał – jak relacjonuje naoczny świadek Józef Drzewiecki – iż nigdy się nie spodziewał, aby Polacy, których ojcowie żyli w miłości Maryi, co Jej tyle postawili świątyń, o których i teraz go zapewniano, że w wierze katolickiej żyją i władzę głowy Kościoła uznają, mieli z tak daleka lecieć, o broń prosić i walczyć z Rzymem, który ich tyle razy wspierał…
Ale w wojsku nie masy się liczą a elity, korpus zaś oficerski polskiego wojska służącego u boku Napoleona dość mocno przesiąknięty był antykatolicką ideologią „oświecenia”. Uwidoczniło się to już w legionach Dąbrowskiego. Z korespondencji jego, Wybickiego i innych przebija się zdecydowana wrogość do papieża, nie tylko jako do panującego, ale i jako do głowy Kościoła – i do samego Kościoła. Służba legionów była służbą sprawie rewolucji, zarówno de facto, jak bardziej jeszcze we własnym ich przekonaniu – pisze Marian Kukiel. Ponadto, jak w każdej armii rewolucyjnej ogromny nacisk kładziono na indoktrynację żołnierzy. Istotną rolę odegrał w tej materii Tadeusz Kościuszko: Wybickiemu zalecał ułożenie katechizmu republikańskiego, którym chciał wypierać „zabobon katolicki” – czytamy dalej u Kukiela.
Brudna wojna
Nie wszyscy jednak Polacy – zwłaszcza z szeregów przeniesionej z ziemi polskiej do Hiszpanii Dywizji Księstwa Warszawskiego – zgadzali się z awanturniczą polityką Bonapartego. Doszło do kilku oficerskich dymisji, wśród szeregowych odnotowano pewną liczbę dezercji. Polskich żołnierzy szczególnie obruszały dokonywane przez Francuzów akty bluźnierstwa i świętokradztwa. Hiszpanie też początkowo traktowali polskich żołnierzy inaczej niż Francuzów, dopiero później – siłą rzeczy – musiało dojść do krwawej konfrontacji. A że niesprawiedliwa wojna wyzwala najgorsze instynkty, dlatego i żołnierskie masy w końcu przestały zachowywać się po rycersku.
Piechota nasza strzelała do okrętów napełnionych mężczyznami, kobietami i dziećmi, a ułani nacierali i kłuli pikami uciekających w łodziach (…). Kogo tylko spotkaliśmy na ulicy, czy to starca, młodzieńca, kobietę lub dziecko – wszystko padało trupem. (…) Mnóstwo ludności rozbiegło się w przyległe góry, pozostawiając miasto na pastwę rabunku, który trwał przez trzy dni – tak oto wspomina zdobycie Malagi aktywny uczestnik wydarzeń, Stanisław Broekere.
Przykry to obraz, równie przykry jak wrażenie, które wywierają słowa skierowanej do Polaków hiszpańskiej odezwy: Porzućcie barwy wasze, karmazyn i biel, barwy niewinności i honoru. Wy, sami wolności pozbawieni, nachodzicie obcy kraj, katolicki jak wasz, żeby go wolności pozbawić…
Oczyma „oświeconych”
Święte słowa, aczkolwiek niewielu Polaków broniących w Hiszpanii interesów rodziny Bonaparte zdobyłoby się na podobną refleksję. Przeważała postawa bezrefleksyjna – Napoleon walczy z naszymi zaborcami, zatem stojąc po jego stronie walczymy w dobrej sprawie. Fakt, iż Hiszpania do grona naszych zaborców nie należała, też dawał się stosunkowo łatwo zracjonalizować: Hiszpanie to naród dziki, zacofany, okrutny, ogłupiony przez chytry kler, a ich ojczyzna to Ciemnogród, gdzie koniecznie należy zanieść zdobycze „wieku rozumu” i socjalnej rewolucji. Daj Boże, aby naród ten wyszedł z tak zaślepionej ciemnoty, a podążył do prawdziwej oświaty społeczeństwa – troska się na kartach swych pamiętników wspomniany Stanisław Broekere.
Żołnierze sarkali, iż nie minie tydzień, aby nas nie spotkała jaka zniewaga od tej kanalii, która nie ma odwagi stanąć przed nami z bronią w ręku. Znajdując wstrząsane przedśmiertnymi drgawkami kadłuby towarzyszy niespecjalnie chciano rozumieć, że okrucieństwo Hiszpanów wcale nie jest ich narodową cechą, ale stanowi przemyślaną taktykę uświadamiania wrogowi, jak bardzo jest tu niepożądany i jeśli nie odejdzie, wszyscy jego żołnierze podobnie skończą. Niewielu skłonnych było powtórzyć za Kajetanem Wojciechowskim: Jakże to naród hiszpański nie miał mieć pobudki do tej nieubłaganej zemsty, którą zaprzysiągł Francuzom? (…) Pomimo okrucieństw, których nikt pochwalić nie może, wyznać jednak należy, iż Francuzi bezbożnością, rozpustą i swawolą swoją zasłużyli na nie.
Postępowanie Hiszpanów wzbudzało powszechne zdumienie: oto bogini Nowoczesność we własnej osobie pragnie zawitać w ich progach, a oni z takim uporem trzymają się starych zabobonów…
Co ciekawe, podobne postrzeganie sprawy przetrwało do dziś, i to w kręgach odżegnujących się od rewolucji i lewicowości. Spójrzmy, w jaki sposób maluje scenę antyfrancuskiego powstania w Madrycie wpływowy pisarz, powszechnie uznawany za prawicowego.
2 maja 1808 pod Escurialem począł gęstnieć gigantyczny tłum oberwańców. Od najwcześniejszego świtu ściągały pod królewski pałac tysięczne hordy uzbrojonego plebsu i wieśniaków, z ciemnych zaułków wychynęły gromady włóczęgów i opryszków skuszonych obietnicą łupów, napływały fale psów nocy węszących zapach krwi. Motłoch ten rósł jak plama oliwy, rozlewał się po szparach miasta przylegających do zamku, zbijał, przelewał, narastał głuchym pomrukiem głodnej bestii. Setki zakapturzonych mnichów z krucyfiksami w dłoniach ryły w tej masie krecie korytarze, agitując przeciw „francuskim jakobinom, wrogom Chrystusa Pana” i podniecając szał wieścią, że infant Franciszek płacze ze strachu przed korsykańskim wilkołakiem, który już zamordował jego ojca i brata.
Skąd u pisarza szczycącego się niezłomnym antykomunizmem retoryka iście stalinowska? „Motłoch”, „hordy oberwańców z ciemnych zaułków”, „zakapturzeni mnisi z krucyfiksami w dłoniach ryjący krecie korytarze” – zupełnie jakbyśmy czytali zamieszczony w najciemniejszej godzinie jaruzelskiej nocy na łamach „Trybuny Ludu” opis patriotycznej manifestacji. Brakuje tylko agentów CIA…
Nie ma się czym chwalić
Zachwycając się więc bezsprzecznymi z militarnego punktu widzenia sukcesami polskiego żołnierza w Hiszpanii – jak fenomenalna szarża pod Somosierrą czy obrona zameczku Fuengirola, którego stupięćdziesięcioosobowa, w całości polska załoga skutecznie zatrzymała kilkutysięczny angielski desant, po czym wsparta odsieczą w sile trzystu (sic!) rodaków w nagłym kontruderzeniu na bagnety zmusiła Anglików do ucieczki, biorąc przy tym do niewoli głównodowodzącego lorda Blayneya – nie wolno zapominać o politycznych a nade wszystko o moralnych aspektach tej wojny.
W roku 1808 stanęliśmy po złej stronie i nawet nic za to nie uzyskaliśmy. Nie można przy tym powiedzieć, że zostaliśmy oszukani, Napoleon bowiem niczego Polakom nie obiecywał – sami się oszukiwaliśmy, pokładając w nim tak wielkie nadzieje…
Polski żołnierz ginął za obcą, do tego rewolucyjną sprawę w Saragossie, pod Fuengirolą i Albuherą, gdy tymczasem – jak trafnie zauważa Marian Kukiel – zabrakło tych kilkunastu tysięcy doborowego wojska w Księstwie Warszawskim, gdy spadł na nie w roku 1809 najazd austriacki.
Jerzy Wolak
Tekst ukazał się w nr 18 dwumiesięcznika ” Polonia Christiana”