14 marca 2012

Demografia jako broń i środek polityczny

Ostatnie dekady dowodnie wykazały, jak grubo mylą się wszyscy wieszcze końca historii i arkadyjskiego współistnienia kultur, cywilizacji i etnosów. Toczy się dziś bowiem zaciekła batalia, w której najważniejszą bronią – potężniejszą od rakiet i czołgów – okazuje się rozrodczość społeczeństw.

 

Od wieków zastanawiano się na czym polega potęga państw i sprawa ta nadal pozostaje otwarta. Można wskazywać wiele cech i każdą z nich próbować udowadniać ze sporą dozą racji. Potęga i znaczenie jednych państw, a miałkość innych, zmienne koleje losów organizmów politycznych stanowią wszak splot bardzo wielu czynników o różnym czasie i mocy oddziaływania. Geopolityka przy całej swej różnorodności uwypukla czynniki przyrodnicze i przestrzenne. Nauki humanistyczne oraz ekonomia podkreślają rolę ludzkiego potencjału kulturowego i intelektualnego. Liczni badacze, odwołując się do cech ujmowanych terminem cywilizacji, pojmują go krańcowo odmiennie: od regulacji prawno-religijnych po czystą technologię. Prawie każdy zainteresowany może znaleźć w historii sensowne argumenty na obronę większości z postawionych tez, dotyczących podstaw potęgi politycznej przynajmniej na wybranych przykładach. Istnieje jednak również sfera, którą bezsprzecznie postrzegać można jako broń z opóźnionym zapłonem – demografia – liczba ludności i jej struktura wiekowa.

Wesprzyj nas już teraz!

W czasach, gdy populacja, zarówno całego świata, jak i poszczególnych regionów, cechowała się długotrwałą stabilnością liczebną, podstaw regulujących wzajemny układ sił należało szukać poza czystym elementem demograficznym. Mogły one wynikać z potencjału przyrodniczego czy stylu jego wykorzystania, przejawiającego się sposobem sprawowania władzy, kulturą bądź poziomem zaawansowania technologicznego oraz wynikającym z nich zróżnicowaniem bogactwa. Sam czynnik liczebności populacji sprowadzał się w gruncie rzeczy do jasnych i utrwalonych relacji pomiędzy podmiotami życia politycznego.

Jednak wraz z zainicjowaniem nieznanego wcześniej w dziejach ludzkości procesu gwałtownego spowolnienia wymierania oraz wydłużenia czasu trwania życia w randze czynnika demograficznego jako wyznacznika potęgi państw zaszły zasadnicze zmiany. Dotknęło to na początku XIX stulecia, jako skutek rewolucji industrialnej, w pierwszym rzędzie zachodnią Europę.

 

Europa na czele i w ogonie

Światowa populacja osiągnęła pierwszy miliard istnień ludzkich dopiero około początku XIX wieku. Na drugi trzeba było czekać zaledwie do dwudziestolecia międzywojennego, czyli około pięciu pokoleń. Obecnie, kolejne miliardy pojawiają się co kilkanaście lat.

Nie byłoby w tym nic zasadniczo zmieniającego równowagę sił, gdyby nie fakt, iż wzrost ów dotyczy poszczególnych kontynentów i krajów w stopniu wybitnie nierównym. O ile bowiem u progu eksplozji demograficznej początku XIX wieku Europejczycy stanowili jedną piątą ludzkości, to stulecie później dysponowali już potężną grupą równą ćwierci ogółu, a to i tak nie wyczerpywało w pełni znaczenia Europy, gdyż kolejne kilka procent Europejczyków stanowiło dominantę demograficzną, kulturową i ekonomiczną na terenie Ameryki Północnej, Australii, Nowej Zelandii oraz znacznej części Ameryki Łacińskiej. W tym świetle nie powinien dziwić fakt, iż to właśnie koniec XVIII wieku i całe kolejne stulecie stanowiły okres najbardziej wzmożonej ekspansji politycznej i gospodarczej Europy, wywierającej wpływ na cały świat, nawet na obszary całkowicie odmienne kulturowo i równorzędne lub nawet potężniejsze ludnościowo, jak Chiny, Indochiny i Indie.

Wraz ze wzrostem bogactwa przyszedł trend spadku dzietności, który – zwłaszcza po II wojnie światowej – szybko zniwelował skutki wcześniejszej obniżki poziomu umieralności, a w wielu przypadkach doprowadził nawet do zmniejszania się lokalnych populacji. W pierwszym rzędzie Europa, a następnie inne bogate kraje, zamieszkane w większości przez potomków Europejczyków, utraciły swój impet. Paradoksalnie, wraz ze wzrastającą zamożnością wytworzył się pogląd, iż dziecko jest dobrem zbyt kosztownym i pracochłonnym w utrzymaniu. Stało się wręcz elementem niepotrzebnym w świetle złudnego bezpieczeństwa życia, stwarzanego przez coraz liczniejsze przymusowe ubezpieczenia emerytalne. Dlatego w połowie bieżącego roku Stary Kontynent liczył jedynie 739 milionów ludzi, czyli zaledwie dziesięć procent światowej populacji. Europa będąca przez tysiąclecia drugim co do liczebności populacji kontynentem po Azji, obecnie została przesunięta na pozycję trzecią przez Afrykę, a jeszcze przed rokiem 2030 zdystansuje ją Ameryka Łacińska. Dla uzupełnienia warto dodać, iż przed wskazaną datą Chiny stracą palmę pierwszeństwa ludnościowego na rzecz Indii.

Teoretycznie wraz ze wzrostem bogactwa cały świat podążać powinien linią spadku dzietności i wydłużania czasu trwania życia. Znaczyć to będzie starzenie się i zmniejszanie tempa przyrostu ludności w kolejnych, dziś prężnych regionach. Sęk w tym, że procesy demograficzne wymagają czasu, zaś relacje polityczne zachodzą na bieżąco – większa ich część realizuje się znacznie bardziej krótkoterminowo. Demografia zatem staje się bronią tym silniejszą, że wraz z coraz silniej deifikowanym postępem technologicznym zanikają naturalne hamulce kulturowo-religijne, zabezpieczające wcześniejsze historyczne populacje (zwłaszcza chrześcijańskie) przed nadmierną liczbową destrukcją. Procesy masowe pozbawiono ludzkiej twarzy, a technologia ułatwia nam inżynierię populacyjną, od migracji i przesiedleń począwszy, na czystkach etnicznych skończywszy. Dziś analogicznie do broni, która staje się technologią masowego rażenia, czynnik wzrostu lub spadku demograficznego staje się bronią totalną, wykorzystywaną z coraz większą bezwzględnością.

 

Kosowo i Tex-Mex

Można wskazać wiele przykładów regionalnych, w których czynnik demograficzny stanowi główną formę presji. W Europie dzieje się to w przypadku historycznie słowiańskiego Kosowa. Pomijając niemiecką bądź proniemiecką grę geopolityczną, która i tak dążyłaby do rozbicia byłej Jugosławii z jej serbską dominacją oraz nieudaną obronę minionego status quo przez Rosję, można było w tej walce wykorzystać nie tylko kwestie prawne, militarne czy ekonomiczne, ale przede wszystkim demograficzne. Aktualnie, po realnym uzyskaniu niepodległości, albańscy Kosowianie stanowią około dziewięćdziesięciu procent mieszkańców tej krainy a Serbowie tylko pięć procent. Jednak przez cały XIX wiek i pierwszą połowę wieku XX utrzymywała się na terenie Kosowa stabilna struktura etniczna złożona w jednej trzeciej z Serbów, a w dwóch trzecich z Albańczyków.

Sytuacja zaczęła się dość gwałtownie zmieniać po II wojnie światowej, gdy przyrost naturalny wśród ludności serbskiej zaczął maleć aż do wartości poniżej prostego zastępowania pokoleń, podczas gdy wśród albańskich mieszkańców prowincji utrzymywał się na poziomie zapewniającym szybki wzrost. Na początku lat osiemdziesiątych Serbowie stanowili już tylko kilkunastoprocentową mniejszość i wraz z rozpadem byłej Jugosławii nie pozostało im nic innego, jak uciec się do środków tak drastycznych, jak ograniczenie autonomii i próba siłowego podporządkowania sobie niepokornej prowincji. Wraz z eskalacją konfliktu większość pozostałych jeszcze w Kosowie Serbów została eksterminowana lub uciekła przed grożącymi im prześladowaniami na północ. Kosowo to przykład drobny, ale skupiający jak w soczewce zderzenie przeciwstawnych tendencji demograficznych oraz ich wykorzystanie i bardzo konkretne skutki polityczne.

Przykładu równie dobrego, jednak znacznie bardziej brzemiennego w skutkach dostarcza pogranicze amerykańsko-meksykańskie. Należące w przeszłości do Meksyku południe USA, zostało przez Amerykanów przejęte głównie na skutek demograficznej przewagi. Rewoltę w Teksasie wywołali amerykańscy farmerzy, kiedy w tej meksykańskiej prowincji było ich dziesięciokrotnie więcej niż ludności hiszpańskojęzycznej.

Jednak żarna demografii mielą powoli i półtora wieku później koło historii uległo odwróceniu. Od kilku już dekad corocznie osiedla się na południu Stanów Zjednoczonych coraz liczniejsza grupa migrantów z Meksyku. W roku 1986 było ich oficjalnie 67 tysięcy, co stanowiło 11 procent wszystkich imigrantów. Dwadzieścia lat później było ich już 175 tysięcy, czyli blisko jedna piąta ogółu. To jednak dane oficjalne, a jak podaje Patrick Buchanan w pracy zatytułowanej Śmierć Zachodu corocznie przybywa z Meksyku, zarówno legalnie, jak i nielegalnie, kilkaset tysięcy nowych migrantów. Co roku zatrzymanych zostaje, w większości przy próbie przekroczenia granicy, około półtora miliona nielegalnych imigrantów. Nie ulegają asymilacji, gdyż są blisko domu, niejako na własnej ziemi sprzed wieków, półoficjalnie wręcz zachęcani do emigracji przez władze Meksyku.

W roku 2001 Antonio Villaraigosa, prezes Movimento Estudiantil Chicano de Aztlan, omalże nie zwyciężył w wyborach na burmistrza Los Angeles – brakło mu zaledwie czterdziestu tysięcy głosów. Według tego, co mówią sami członkowie MEChA, celem jest odzyskanie kraju ich ojców, który został zagrabiony w wyniku brutalnej inwazji gringo na nasze ziemie.

 

Islamska Europa…

W wielu miejscach Europy problem demograficzny nie jest tak palący, jak opisany powyżej, gdyż w bezpośrednim sąsiedztwie dużych obszarów depopulacyjnych, na przykład Ukrainy, krajów bałtyckich i bałkańskich nie znajdują się tereny prężne demograficznie. Jednak dalsza globalizacja migracji to tylko kwestia czasu i – jak to już w zachodniej Europie pokazują ostatnie dekady – geograficzne sąsiedztwo nie będzie konieczne do powolnej, acz systematycznej i konsekwentnej zmiany proporcji etnicznych na skalę całych państw. Dzisiaj we Francji mieszka około pięciu milionów muzułmanów (8 procent populacji), z których wszyscy są przybyszami zza morza albo ich potomkami. Stanowią oni mniejszy potencjał ekonomiczny niż wskazywałaby ich liczba, jednak przejawiają inne walory – są znacznie bardziej zwarci i konsekwentni kulturowo i religijnie, co daje im dużą mobilność i przewagę nad w większości ateistycznym społeczeństwem rdzennym.

Podobne problemy dotykają również innych wielkich krajów zachodniej Europy – islam silnie zaznacza się w Niemczech (cztery miliony wyznawców) w postaci przede wszystkim Turków, oraz w Wielkiej Brytanii, w której mamy do czynienia z rozbudowaną mozaiką wyznań, ras i narodów. Nie inaczej jest w krajach mniejszych, przykładowo: w Holandii jest obecnie ponad dziesięć procent ludności z innych kontynentów, a samych wyznawców Allacha – sześć procent. Przy utrzymaniu obecnej polityki wewnętrznej UE oraz krajów członkowskich w najbliższych dekadach proporcje egzotycznych przybyszów do rdzennej ludności powinny ulegać dalszym zmianom na korzyść nowych populacji. Mając większą liczbę dzieci, zadowalają się one zarobkami czy zasiłkami na poziomie niesatysfakcjonującym znaczną część ludności rdzennej. Dodatkową przewagę daje przybyszom możliwość, a nawet pewność, uzupełniania własnej populacji strumieniem kolejnych migrantów, podczas gdy rodowici mieszkańcy własnym modelem rodziny i brakiem skłonności rozrodczych wypracowują w najlepszym razie proste zastępowanie pokoleń, a nierzadko realny ubytek. Już dzisiaj duże populacje obce dostarczają paliwa politycznego zarówno ugrupowaniom zachowawczym, jak i postępowo-lewicowym, choć nadal nie są liczącym się czynnikiem w relacjach międzynarodowych pomiędzy krajami europejskimi a krajami źródłowymi migrantów. Jednak kwestia ta, która wkrótce zaciąży nad Europą, to polityczne widmo przyszłości.

Już dzisiaj są jednak w świecie obszary, gdzie demografia bardzo istotnie – choć często jeszcze nieoficjalnie – wpływa na bieżące relacje pomiędzy państwami. Klasycznym pograniczem tego typu jest styk Syberii z Mandżurią.

 

… i chińska Syberia

Rosja, która pod koniec istnienia imperium sowieckiego mogła zaprzęgnąć w swe tryby ponad 290 milionów ludzi, została zawężona do połowy tej wartości, a od roku 1993 odczuła dalszy spadek populacji o blisko siedem milionów i w roku 2009 liczyła 142 miliony mieszkańców – znacznie mniej niż zajmujący czterokrotność powierzchni województwa mazowieckiego Bangladesz. W roku 1970 na terenie ZSRR żyło około 130 milionów Rosjan, dziś w Rosji żyje ich 115 milionów. Syberię (w sensie geograficznym, nie administracyjnym) zamieszkuje około 30 milionów ludzi i liczba ta wciąż się kurczy. Pomiędzy rokiem 1989 a 2002 z Syberii zniknęło sześć procent populacji, a niektóre mniej gościnne rejony przeżywają wręcz kataklizm – w Dalekowschodnim Dystrykcie Federalnym głównie z powodu emigracji liczba ludności zmniejszyła się o 16 procent, a na Półwyspie Czukockim mimo przewagi urodzeń nad zgonami – nawet o 70 procent. Na terenie Chin sam obszar Mandżurii zamieszkuje nieco ponad 150 milionów ludzi, z tendencją wzrostową. Dwudziestoletnia prognoza demograficzna przewiduje bądź spadek ludności Rosji o 10 milionów, bądź w optymistycznym wariancie stabilizację, podczas gdy w Chinach wskazuje na wzrost o 60 milionów.

Dysproporcje ludnościowe obu krajów przy wspólnej rubieży są tak duże, iż następuje coś na kształt dyfuzji albo może raczej osmozy Chińczyków przez cienką ściankę granicy. Obecnie w Rosji mieszka nie więcej niż milion Chińczyków, lecz w niektórych nadgranicznych miastach stanowią oni już nawet jedną trzecią mieszkańców, a chiński potok systematycznie płynie. Media w Rosji podają wiele przykładów, czy to w nau­kowych analizach, czy popularnych reportażach – narastającej chińskiej fali.

Właściciel hotelu w Nowosybirsku opowiada, że na jego wyposażeniu właściwie nie znajdzie się ani jedna rzecz – od żarówki po meble – wyprodukowana gdzie indziej niż w Chinach. W Chabarowsku nawet na typowych rosyjskich placach targowych miejscowe „babuszki” znają doskonale chińskie nazwy warzyw i innych towarów, które wszak hurtem kupują od Chińczyków. Wiaczesław Iljukin z irkuckiego ratusza narzeka, że wszystko, co posiadają, pochodzi z Chin – nawet mięso. Syberia po prostu staje się chińska – zauważa. Chiny powoli stają się głównym odbiorcą rosyjskich surowców, a same, korzystając z różnorodności zaopatrzenia, powodują silne uzależnienie Rosji. Jest tylko kwestią czasu, kiedy sięgną po rosyjskie zasoby, czystą wodę, powietrze, drewno, a zwłaszcza nowy lebensraum, a przyparta do muru Rosja zgodzi się na niewyobrażalne jeszcze dziś cesje.

 

Porzućmy złudzenia

Jeżeli wciąż wyobrażamy sobie, że w świecie być może, owszem, wzrasta znaczenie ubogiego Południa, jednak bogata Północ długo jeszcze pozostanie liderem politycznym i gospodarczym, mamimy się mirażem minionej rzeczywistości. Wielkie dysproporcje w tempie zmian wzrostu liczby ludności oraz w przemianach pokoleniowych poszczególnych społeczeństw będą coraz silniej oddziaływać na rzeczywistość polityczną – tym silniej, im bogatsze będą się stawały kraje posiadające groźną broń demograficzną – liczną populację.

Już obecnie Chińczycy, przy dochodzie per capita siedmiokrotnie niższym od amerykańskiego, wytwarzają dochód narodowy – liczony parytetem siły nabywczej (purchasing power parity) – w wysokości 62 procent amerykańskiego i zajmują drugą pozycję w światowym rankingu. Biedne Indie, wytwarzające piętnastokrotnie niższy od amerykańskiego dochód na mieszkańca, są czwartą gospodarką świata! Wzrost ekonomiczny obu kolosów okazuje się ponad dwukrotnie wyższy niż USA, zaś wzrost demograficzny Chin jest porównywalny do amerykańskiego, Indii zaś – trzykrotnie szybszy.

Oznacza to zbliżające się wielkimi krokami przemeblowanie na politycznej mapie świata na skutek prężności demograficznej licznych społeczeństw, o których powinniśmy przestać myśleć jako o biednych kuzynach. Nawet jeśli ekonomicznie wielu krajom brakuje jeszcze dużo, aby mogły wejść do rodziny uprzywilejowanych, to z powodzeniem za pomocą demografii otwierają sobie one tylne drzwi. Nie wolno się łudzić – procesy te są nieubłagane. I z pewnością zostaną wykorzystane politycznie.

Lech Haydukiewicz

Tekst ukazał się w nr 18 dwumiesięcznika ” Polonia Christiana”

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie