Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu I KOMUNIZMU.
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, art. 13
Wesprzyj nas już teraz!
Kto publicznie propaguje faszystowski lub INNY TOTALITARNY ustrój państwa (…) podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch.
Kodeks Karny, art. 256
Sen wariata śniony nieprzytomnie
Pub był raczej młodzieżowy, ale studenci gorąco mnie tam zapraszali – że miejsce nietuzinkowe i atmosfera niepowtarzalna, i sami ciekawi ludzie przychodzą. Pójdę i ja – pomyślałem – zobaczę, jak się dziś młodzież bawi.
W staromiejskim gąszczu uliczek nawet nie trzeba było długo szukać – podświetlony napis szwabachą głosił: Bürgerbräukeller. Trudno się było zresztą pomylić, zmierzali tam dwaj roześmiani młodzieńcy w T-shirtach z wizerunkiem przystojnego Amona Goetha (rzecz jasna, z twarzą Josepha Fiennesa – po wejściu na ekrany spielbergowskiej Listy Schindlera wyparł on zdecydowanie wszystkich innych przystojniaków w czapkach z trupią główką, zwłaszcza Josefa Mengele).
Wnętrze szczelnie wypełniała młódź w podobnych koszulkach, zacząłem się więc rozglądać w poszukiwaniu jakiegoś wolnego miejsca i dopiero po chwili wpadła mi w ucho wypełniająca salę muzyka. Leciał właśnie kawałek z Kabaretu Boba Fosse – na umieszczonym na jednej ze ścian ekranie uroczy blondynek w mundurku Hitlerjugend błyszcząc nieskazitelnie białymi zębami zapewniał: Tomorrow belongs to me!
Powoli zaczął do mnie docierać wystrój lokalu. Ściany zapełniały portrety (tu Martin Bormann, tam Baldur von Schirach), plakaty (Armaty zamiast masła!) i inne pamiątki: sztandary, proporczyki i dywizyjne emblematy (malowniczo łuszczyła się farba na pikującym drapieżnie ptaku Fallschirm-Panzerdivision SS Herman Göring), nie wspominając o całym mnóstwie Żelaznych Krzyży wszelkich kategorii. Zaczynałem się czuć coraz bardziej nieswojo…
– Proszę, co dla pana? – z zamyślenia wyrwał mnie głos barmana. Gapił się na mnie roześmiany od ucha do ucha, w czerwonym podkoszulku z ogromną czarną swastyką na kolistym, nieco przybrudzonym białym polu. – Może stare bawarskie? – zaproponował widząc moje niezdecydowanie. – To samo, które pijał Wujek Dolfi? – dorzucił z łobuzerskim mrugnięciem.
Zamówiłem, choć właściwie chciałem jak najprędzej wyjść…
– Proszę – chłopak postawił przede mną szklanicę. – Dzisiaj trochę tłoku, więc lepiej przejść do ogródka. Tam jest zawsze luźniej, dlatego nazywamy go Lebensraum.
Ruszyłem zgodnie ze wskazówką gospodarza. Rzeczywiście, na przylegającym do budynku niewielkim podwórku było znacznie przestronniej. I jakby inaczej: stoliki, wiklinowe fotele, kwiaty… A jednak nie do końca. Oto, do pubu można było wejść również od tyłu, przez ogródek – wiodła doń kuta metalowa brama z napisem Arbeit macht frei…
Czy to zły sen, złudzenie czy jakaś wirusowa paranoja? Gdzie ja jestem? Kto mi to wszystko wytłumaczy?
– Prosimy do nas – padło jakby w odpowiedzi. W kącie Lebensraumu siedziała grupka moich studentów. Przysiadłszy się do nich z miejsca zaatakowałem:
– Słuchajcie, co to wszystko znaczy?! Czy wy jesteście nazistami?
– Skądże! – w oczach młodzieży odmalowało się niekłamane zdumienie. – To przecież tylko taki szpan! Tak jest cool…
Komunizm jest cool
Przerażający obraz, nieprawdaż? A jak absolutnie niemożliwy! Przecież lokal taki – o ile komukolwiek przyszłaby do głowy szalona chęć jego otwarcia – nie przetrwałby jednego dnia. Zniszczyłyby go media, zniszczyłby go prokurator, ba, zniszczyliby go sami obywatele w słusznym akcie spontanicznego samosądu. Oto jak skutecznie wyeliminowano z przestrzeni publicznej najbledsze choćby cienie szatańskiego nazizmu. A jego nie mniej diaboliczny brat-bliźniak – komunizm uniknął podobnego losu. Mało tego, bezwstydniej niż kiedykolwiek się dziś puszy barwiąc czerwienią wszystko, czego tylko dotknie.
Przesada? Skądże znowu! Wystarczy się tylko nieco uważniej rozejrzeć, żeby dostrzec wokoło niezliczoną wręcz ilość przykładów. Ot, chociażby sytuacja pokrewna opisanej powyżej jest nie tylko najzupełniej możliwa, ale wręcz realna: pubów czy klubów obwieszonych czerwonymi flagami, sierpami i młotami, gwiazdami, socrealistycznymi hasłami i plakatami działa w Polsce co najmniej kilkanaście.
Wypełniająca owe przybytki młodzież latem nosi podkoszulki zdobne wizerunkami komunistycznego zbrodniarza, wiosną i jesienią – bluzy z sierpem i młotem, a zimą – czapki z czerwoną gwiazdą, która u nikogo najwyraźniej nie budzi złowrogich skojarzeń.
Czerwona gwiazda – symbol męczeństwa milionów niewinnych istnień – stała się logo browaru. Czy spowodowało to masowy bojkot wytwarzanego w nim piwa (fakt możliwego starszeństwa logo od komunizmu nie ma tu znaczenia – swastykę wszak, dość w Europie popularną jako godło państwowe czy emblemat rozmaitych stowarzyszeń przed dojściem Hitlera do władzy, po drugiej wojnie światowej skrzętnie wyrugowano z przestrzeni publicznej)? Żadną miarą! Co więcej, browar z czerwoną gwiazdą współorganizuje cieszący się ogromnym zainteresowaniem i medialnym wsparciem muzyczny festiwal, na który przybywają gwiazdy z obliczem Che Guevary siną farbą wykłutym w najintymniejszych miejscach, a z głośników płyną teksty jakby żywcem wyjęte z Manifestu komunistycznego Marksa.
W ogóle marksistowska nowomowa przenika cały współczesny język – nie tylko popkultury. Słychać to w mediach, słychać w uniwersyteckich wykładach, słuchać nawet w homiliach…
Rewolucja parowóz biznesu
Język reklamy stanowiącej dziś podstawowy nośnik kultury masowej zdominowało leninowskie słowo-klucz – rewolucja, jako synonim zmiany na lepsze. Nieustannie słyszymy o rewolucji w kosztach połączeń telefonicznych, rewolucyjnej obniżce cen w hipermarketach, czy o rewolucyjnie nowej generacji telewizorów bądź odtwarzaczy.
Najwymowniejszego przykładu w tej materii dostarczyła jedna z sieci hipermarketów, która wykorzystując przypadającą akurat dziewięćdziesiątą rocznicę przewrotu bolszewickiego w Rosji ukuła handlowy slogan: Wielka rewolucja październikowa cen! I co, czy ktoś się na to oburzył? Bynajmniej! A przecież powyższe hasło niczym nie różni się od następującego – Noc Długich Noży w Cenach: skutecznie wycinamy konkurencję! albo Cenowa noc kryształowa: ceny pękają jak szkło! – ba, te dwa nawet lepiej brzmią. A jednak nikt ich nigdy nie zastosuje, i to nie ze strachu przed konsekwencjami, tylko z własnego przekonania, że tak się nie godzi.
Dlaczego więc godzi się powszechnie akceptować komunistyczne dogmaty, komunistyczną retorykę, symbolikę i ikonografię? Dlaczego komunizm jest cool? Dlaczego tak skutecznie przeniknął on do przestrzeni publicznej, że uległ komercjalizacji i elementy jego dziedzictwa stanowią dziś świetny towar? Dlaczego publicysta portalu Lewica.pl pisze dziś z niekłamaną dumą, iż Europa Zachodnia potrafi rozróżnić totalitaryzm nazistowski od stalinowskiego i uznaje, że komunizm – w przeciwieństwie do nazizmu – sam w sobie nie miał złych założeń?
Komunizm, owszem, miał założenia równie złe jak nazizm, w jednym aspekcie nawet gorsze. Przy całym bowiem złu, którym można obarczyć niemiecki narodowy socjalizm, jednego nie da się o nim powiedzieć: że był ustrojem opartym na kłamstwie. Przeciwnie, od samego początku stawiał sprawę jasno, kto ma być panem, kto niewolnikiem, a kto zostanie eksterminowany. Nie obiecywał raju na ziemi, lecz twarde panowanie jednej rasy. Dlatego nie zyskał uznania – ludzie wszak, zwłaszcza wykształceni, lubią słodkie kłamstwa. Komunizm natomiast zdołał oszukać cały świat budując fasadę zatroskania o los wyklętego ludu ziemi, za którą ów wyklęty lud masowo posyłano do ziemi. Ale tego już obwożonym po Związku Sowieckim zachodnim intelektualistom nie pokazywano (po co nękać wrażliwe dusze brudem pracy nad wykuwaniem nowej ludzkości?) – dla nich były pokazowe przedszkola i zakładowe stołówki.
I dlatego lewicowy publicysta tłumacząc triumfalne wejście Che Guevary do mitologii popkultury, stwierdza jednocześnie, iż nazizm, porażający nihilizmem i złowrogą atmosferą siły i strachu, nie może liczyć na komercyjny sukces, a jak już, to konkurując z seryjnymi mordercami pokroju Charlesa Mansona czy Teda Bundy’ego.
Wprost trudno w to uwierzyć, ale zapewne człowiek ów pisze zupełnie szczerze i ze świętym przekonaniem. No cóż, po prostu nie mieści mu się w głowie, że zestawianie wyżej wymienionych degeneratów z człowiekiem odpowiedzialnym za stworzenie aparatu terroru, masowe egzekucje i kryzys kubański przypomina porównywanie dotkniętych wścieklizną miniaturowych sznaucerków z wyszkolonym dobermanem…
Co nam zostało z tamtych lat?
Przytłaczająca większość głoszących podobne poglądy Polaków na zarzut, iż przemawiają głosem politruka odpowie z oburzeniem, że reprezentują nowoczesną myśl Zachodu. I niestety będą mieli rację. Współczesny Zachód bowiem swój intelektualny dorobek opiera na lekturze i twórczej adaptacji spuścizny Marksa, Engelsa, Lenina, Trockiego i licznej masy ich pilnych uczniów.
Ma rację lewicowy publicysta – do bólu szczery nazizm nie był w stanie wygrać wojny o duszę Zachodu. Tymczasem komunizm wygrywając wojnę z nazizmem (głównie zresztą przy pomocy amerykańskiej broni) i ratując go od zagrożenia ze strony III Rzeszy mógł liczyć na co najmniej sympatię. A dalej już było z górki. Historię – jak wiadomo – zawsze piszą zwycięzcy. Z zapałem zabrali się więc do pisania – w zaciszu zachodnich gabinetów i ożywionym szmerze zachodnich sal wykładowych, na forum zachodnich mediów, w biurach zachodnich producentów filmowych i agentów literackich przez całe dekady niezmordowanie działała najmniej na pozór polityczna, ale w istocie najważniejsza ze wszystkich agentur komunizmu – agentura wpływu, której funkcjonariusze bezboleśnie tresowali zarówno masy, jak i elity, co mają czytać, kogo słuchać, skąd czerpać wiedzę, co uznawać za słowa niekwestionowanej mądrości.
Przyjemnie było być komunistą na Zachodzie – bawić się w enfant terrible, szpanując w inteligenckich salonach rozwichrzoną brodą, rozciągniętym swetrem i cytatami z Sartre’a czy Aragona, zarazem ciesząc się dobrodziejstwami burżuazyjnego państwa prawa i wolnego rynku…
Dwadzieścia lat temu Polsce wydawało się, że komunizm właśnie spoczął na cmentarzu historii, przysypany grubą warstwą gruzu i śmieci, do których powstania sam się przyczynił. Stało się jednak zupełnie odwrotnie, co w zasadzie było do przewidzenia, zbyt jednak byliśmy podekscytowani załamaniem starego porządku, demontażem systemu, odzyskaniem niepodległości, wolnością gospodarczą. Umknęła nam więc obserwacja, iż komunizm wytworzył w Polsce tak wielką próżnię kulturową, że wraz z upadkiem żelaznej kurtyny zassała ona zachodnią kulturę we wszystkich jej odmianach, przejawach i ze wszystkimi aberracjami – między innymi filokomunizmem. Spójrzmy tylko na popularne podręczniki do angielskiego: znajdziemy w nich nie tylko entuzjastyczną opowieść o Che Guevarze, ale wręcz pochwalne enuncjacje na temat Mao Ze Donga czy Ho Szi Minha, nie wspominając nawet o postulatach Nowej Lewicy (feminizmie, ekoterroryzmie, alterglobalizmie, panseksualizmie) – te stanowią kanwę większości ich tekstów. Oddech wolności okazał się pełen trujących wyziewów.
I tak oto rysuje się smutna konstatacja. O ile łatwiej i naturalniej było walczyć z komunizmem przybyłym do Polski burzą, na sowieckich bagnetach, gdy komunistę można było utożsamić z od wieków znienawidzonym „kacapem”. Walka z łagodną bryzą „tolerancji”, „równouprawnienia” czy „społeczeństwa otwartego”, wiejącą z zachodnich uniwersytetów i wpływowych mediów, niesioną na ustach mędrców w złotych okularach, wydaje się z góry przegrana…
Ale tylko do czasu – diabeł zawsze w końcu pokazuje swe prawdziwe oblicze. Oby tylko nie było już wtedy za późno…
Deklaracja ideowa
Zakończmy dobitną deklaracją. Oburzając się na dysproporcję w traktowaniu nazimu i komunizmu autor bynajmniej nie żałuje, iż ten pierwszy istnieje w powszechnej świadomości jako wcielenie szatańskiego zła i wcale nie chce go wybielać czy rehabilitować, wręcz przeciwnie – bardzo się cieszy, że cywilizowany świat wszelkimi sposobami zwalcza jego przejawy. Pragnie jedynie, aby podobny los spotkał również drugi totalitaryzm – komunistyczny, aby został on publicznie, raz na zawsze napiętnowany i potępiony, jako równie szatański, równie zbrodniczy i równie odrażający. Amen.
Jerzy Wolak
Tekst ukazał się w nr. 9 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”